Przedstawiamy pracę Weroniki Joskowskiej, uczennicy Szkoły Podstawowej w Tuchlinie. Praca „Zagadka” została wyróżniona w V Powiatowym Konkursie Literackim „Słowotok” w kategorii „Klasy IV-VI i gimnazjalne”.


 

Kolejny zwykły, pochmurny dzień w tej zwykłej wsi, jaką było Chmielno. Tak przynajmniej zdawało się na pierwszy rzut oka, jednak wszystko w rzeczywistości wyglądało nieco inaczej… Zacznijmy lepiej od początku.

Nazywam się Alicja Cichowska. Chcę opowiedzieć Wam historię tej wsi. Chcę Was ostrzec, więc czytajcie uważnie. Wszystko zaczęło się 25 października 2000 roku, gdy przyjechałam do Chmielna, by ostatni raz pożegnać rodziców i zobaczyć ich twarze. Tak, przyjechałam na ich pogrzeb. Wiadomo, jak to wyglądało. Tysiące nieznanych mi osób opłakujących moich rodziców, z którymi najprawdopodobniej nie kontaktowali się długi czas, ale kogo to obchodzi. W końcu trzeba pokazać, że ma się uczucia i jest się człowiekiem dobrym w swej prostocie żywota, że zawsze o nich pamiętano, ale „nie miano” okazji, by przyjechać i pogawędzić. Wracając do rzeczy – gdy pogrzeb się skończył, musiałam przejąć po nich obowiązki, piekarnię. Wydawało się to dobrym wyjściem w mojej sytuacji. Jednak nie do końca tak było. Praca w piekarni, w pojedynkę, jest bardzo wymagająca, więc minęło sporo czasu, zanim oswoiłam się z nowymi obowiązkami. Z czasem jednak funkcjonowałam coraz lepiej. Kiedy minęły trzy miesiące od śmierci moich rodziców, zdarzyło się coś dziwnego. Coś innego. Zaburzyło to normalne funkcjonowanie ludzi z tej wsi, całej wsi. Odzwyczajeni od takich spraw znowu zostali zaciągnięci w ciemność strachu. Co się stało?

Był zwykły dzień. Obudziłam się wcześnie rano zabrałam się za pieczenie świeżych bułek. Dzień jak każdy inny – przychodziło dużo klientów. Przychodziły pieniądze, odchodziły moje wypieki, a jednak pod wieczór stało się coś zupełnie nowego i nieprzewidzianego. Gdy zamykałam piekarnię i zabierałam się za sprzątanie, usłyszałam pukanie do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo o tej porze. Wyjrzałam przez wizjer i zobaczyłam małego, zmarzniętego chłopca. Bez wahania otworzyłam drzwi i szybko wpuściłam go do środka.

Dziecko drogie, co robisz u mnie o tej porze? – zapytałam zdziwiona, opatulając chłopca kocem.

Ch-chciałem kupić od Pani kilka ciastek… I pół bochenka chleba. – powiedział, jąkając się.

O tej porze? No dobrze, wchodź śmiało! Usiądź gdzieś – odpowiedziałam z ciepłym uśmiechem.

Chłopczyk usiadł niepewnie na krześle przy dębowym stoliku i czekał, aż zacznę mówić.

Mogę zaoferować ci ciastka z owocami leśnymi, ciastka ze śliwkami, ciastka z kremem, ciastka z nasionami. Ciastka daktylowo-migdałowe, cytrynowo-miętowe ciasteczka z marcepanem, ciastka z kawałkami czekolady oraz ciastka w połowie zamoczone w czekoladzie. Mogę także zaproponować truskawki zatopione w czekoladzie.

Oh! – westchnął zachwycony chłopczyk – To może… hmm… Dwa ciastka z kawałkami czekolady oraz dwa ciastka z… kremem.

Dobrze, już idę pakować Twoje zamówienie, a jakiego rodzaju chleb byś chciał? –zapytałam.

Był to mały chłopczyk z burzą brązowych, kręconych włosów, brązowymi oczami i piegami na jasnej skórze. Ubrany był w podartą i poobcieraną zieloną koszulę, brązową kamizelkę, czarne starte buty oraz luźne brązowe spodnie.

Cóż… Razowy powinien być dobry – powiedział, nieśmiało się uśmiechając.

Dobrze, to idę po wypieki – powiedziałam i poszłam do kuchni. Wyjęłam jedzenie i starannie zapakowałam zamówienie chłopca. – Proszę bardzo!– powiedziałam, wychodząc z kuchni.

Dziękuję, do widzenia!– odpowiedział i wyszedł z piekarni.

Do widzenia– odpowiedziałam, po czym zabrałam się za sprzątanie lokalu, a później poszłam spać.

Następnego ranka obudziło mnie agresywne pukanie w drzwi mojego domu. Wstałam więc i szybko narzuciłam na siebie czarną spódnicę, białą koszulę i czarny sweterek. Szybko pognałam otworzyć drzwi, bo ktoś walił w nie tak, że jeszcze by mi je wyważył.

O co chodzi? – zapytałam, otwierając drzwi.

Jest Pani zatrzymana pod zarzutem zamordowania dziesięcioletniego chłopca. Ma Pani prawo zachować milczenie. Wszystko co Pani powie, może być użyte przeciwko Pani – powiedział od razu na wejście starszy z komendantów.

Mężczyzna był w średnim wieku i niesamowicie wysoki. Siwe, krótkie włosy, szare oczy, które patrzyły na wszystko znudzonym wzrokiem, okulary z cienkimi, czarnymi oprawkami oraz siwe wąsy. Był ubrany w białą koszulę, czarne spodnie, eleganckie czarne buty i brązowy płaszcz.

Słucham? – zapytałam zdezorientowana.

Proszę nie stawiać oporu i pójść ze mną – powiedział chłodno i zaprowadził mnie do radiowozu.

Zawiózł mnie na komendę, po czym wsadził do więziennej celi. Spędziłam tam dwa dni. Pierwszego próbowałam jakoś oczyścić się z zarzutów, jednak komendant nie chciał uwierzyć, że jestem niewinna. Drugiego zaś, kiedy komendant dawał mi jedzenie do celi, rzuciłam mu wyzwanie, które było moją jedyną przepustką no wolność.

Myślałem, że jesteś dobrą kobietą, jednak się myliłem. Zabić niewinnego dziesięcioletniego chłopca… Jesteś potworem – powiedział, rzucając tackę z jedzeniem na podłogę.

Czyli już po posiłku… Może się uda. A, do diabła z tym wszystkim! Warto zaryzykować! – pomyślałam

Jesteś najgorszym ścierwem, jakie widziałem. Tacy ludzie jak ty, nigdy nie powinni istnieć – mówił.

Hola, hola. Wolnego kolego! Jakie macie dowody na to, że to ja zabiłam tego chłopca? – zapytałam.

Został znaleziony niedaleko Twojej piekarni, a w zimnych dłoniach trzymał zapakowane cztery ciastka i chleb razowy – odpowiedział.

I na takiej podstawie chcecie mnie zamknąć?! Przecież to absurd! – powiedziałam, działając zgodnie z planem.

Absurdalne było to, co zrobiłaś! Nawet nie masz odwagi się przyznać. Ty nie jesteś człowiekiem – odpowiedział chłodno.

Dajcie mi tydzień, a udowodnię swoją niewinność – powiedziałam pewnie.

Hahaha! Bardzo śmieszne. Jeżeli myślisz, że tą wymówką uda ci się uciec z więzienia i od konsekwencji, to się grubo mylisz – odpowiedział z przerażającą miną, która wskazywała na to, że cieszył się z tego, iż byłam zdesperowana.

Daj mi tydzień – powiedziałam hardo, broniąc swojej jedynej szansy.

Z takimi jak ty od razu powinno się iść na stryczek. Hmm… Z drugiej strony, jeżeli dam ci tydzień, a nie uda ci się udowodnić swojej rzekomej niewinności, zhańbisz dobre nazwisko i upokorzysz się przed całą wsią. Czyż nie ma piękniejszego sposobu na dobitne pokazanie przed śmiercią, jakim potworem naprawdę jesteś? Zgoda. Masz tydzień i ani sekundy dłużej – odpowiedział ze wstrętnym uśmiechem i opuścił moją celę.

Przyszedł kilka godzin później, wypuszczając mnie.

I pamiętaj. Moi ludzie są rozstawieni na każdym wjeździe do Chmielna. Nie masz szans na ucieczkę. Potworze! – powiedział na pożegnanie.

Mam tydzień… – szepnęłam do siebie, wychodząc z komendy, po czym ruszyłam ku mojemu domowi.

Gdy byłam już w budynku, szybko wykręciłam numer do mojego przyjaciela – Leo Kruczenko. Wiedziałam, że on może pomóc mi w tej chorej sytuacji.

No odbierz, Leo, błagam cię – pomyślałam.

Cześć Alicja! O co chodzi? – odezwał się radosny głos w słuchawce.

– Leo, słuchaj mam sprawę… – powiedziałam szybko, po czym zaczęłam mu wszystko wyjaśniać.

O cholera. No, nieźle… Znaczy słabo! Ale w czym ja mogę pomóc?

– No cóż… Pomyślałam, że skoro jesteś patologiem…

Sekcja zwłok? – zapytał z westchnieniem.

Czytasz mi w myślach. Dzisiaj, za dwadzieścia minut.

Dobrze, ale jak zamierzasz wziąć niepostrzeżenie jego ciało?

Przecież ty już je masz.

Nieprawda – odpowiedział pewnie.

Prawda.

Eh, dobra. Masz mnie. Wiesz, że nie chcę tego robić.

Jesteś patologiem! – odpowiedziałam z niedowierzaniem.

Ale to nielegalna sekcja zwłok! – wykrzyczał przestraszony.

Po prostu zgarnij ciało – odpowiedziałam, rozłączając się.

Pięć minut spędziłam na przygotowywaniu się do sprawy, kolejne pięć na podrobieniu papieru, a kolejne dziesięć minut spędziłam w drodze do domu Leo.

Rozumiem, że byłaś detektywem i ktoś ewidentnie próbuje cię wrobić, ale naprawdę nie możesz zrobić tego legalnie? – zapytał mnie od razu, gdy weszłam do jego domu.

Wiesz, że nikt nie dałby mi pozwolenia przez tę aferę – odpowiedziałam, zdejmując z siebie kurtkę i patrząc na mężczyznę znudzonym wzrokiem.

Leo był bardzo przystojnym dwudziestosześcioletnim brunetem z piwnymi oczami i wyniosłą postawą ciała, jednak – co dziwiło każdego z jego znajomych– żadna kobieta nie chciała z nim być. Prawdopodobnie przez jego zawód.

Ta afera była pięć lat temu! – wykrzyknął sfrustrowany.

Powiedz to komendantowi – odparłam. – Masz ciało chłopca?

Ta, mam. Nadal nie jestem co do tego przekonany – odpowiedział niepewnie.

Nie gadaj, tylko rób.

Miałaś na myśli róbmy – powiedział z naciskiem na końcówkę „-my”.

Przeprowadzenie sekcji zwłok chłopca zajęło nam trzy godziny. Tak czy siak, nie znaleźliśmy wiele, a to oznaczało, że traciłam tylko czas.

Kula i odłamki szkła. Tylko tyle… Trzy godziny stracone – powiedział Leo z przepraszającym wyrazem twarzy.

Nieprawda – powiedziałam, biorąc do ręki pocisk i przyglądając mu się. – Pocisk ma wyryte inicjały. L.K.

Wiele to nam nie pomoże… Może wywiad rodzinny? – powiedział Leo.

Też o tym myślałam. Spróbuję to załatwić. Leo?

Tak?

Zajmij się chłopcem z należytym szacunkiem – powiedziałam.

Rozumiem. Był Twoim ostatnim klientem?

Tak. To mogło spotkać kogoś innego, ale spotkało jego… Uśmiechniętego dzieciaka, który był jednym z niewielu miłych i niewyniszczonych tym światem osób – powiedziałam, wychodząc z domu mojego przyjaciela.

Skierowałam się do władzy Chmielna, a tam zapytałam się o rodziców chłopca. Na początku żaden z pracowników biura nie był chętny do współpracy z „morderczynią”, jednak gdy doszłam do kierownika biura, zdobyłam ich adres.

Mógłby mi pan podać adres rodziców chłopca, który został zamordowany wczoraj wieczorem? – zapytałam na początku spotkania.

Miałbym podawać takie informacje morderczyni? Po moim trupie – fuknął.

Oh, czyli pan też nie chce współpracować? No dobrze. Wygląda na to, że będę musiała powiedzieć Pańskiej żonie o pana wieczornych spotkaniach z sekretarką.

N-nie mam pojęcia, o czym pani mówi. Proszę opuścić ten budynek!

Dobrze pan wie, o czym mówię i albo poda mi pan adres, albo może się pożegnać z miłością Pana żony – powiedziałam, otwierając drzwi.

Czekaj! Dobrze, dam ci ich adres… – powiedział zrezygnowany – Ulica Akacjowa dom numer dwadzieścia dwa.

Dziękuję, że zechciałeś współpracować  – odpowiedziałam.

– Skąd wiedziałaś, że…

– Nie wiedziałam.

– Co?

Poddałam cię próbie. Każdy ma jakiś sekret. Strzelałam tylko w jeden z czułych punktów. To wszystko – powiedziałam i wyszłam z jego biura.

Po chwili już byłam w drodze do domu chłopca. Dom wyglądał bardzo skromnie. Jedno słowo trafnie go określające? Rudera. Gdy zapukałam do drzwi, jego rodzice zaczęli mi grozić i wyzywać. Nie otworzyli drzwi całkowicie, lecz lekko uchylili.

Proszę przestać i pomóc mi odkryć, kto zamordował waszego syna! – krzyknęłam sfrustrowana.

Jak to odkryć?! Każdy wie, że to ty jesteś morderczynią! – krzyknęła matka chłopca, zalewając się łzami.

Nikt niczego nie wie na pewno! Chcę przeprowadzić tylko wywiad rodzinny! Policja przekazała sprawę w moje ręce.

Nie wierzę ci, potworze! – odparł mężczyzna.

W takim razie zerknij na to! – powiedziałam i przez szczelinę w drzwiach podałam im podrobiony wcześniej papier z nakazem wykonania wywiadu rodzinnego.

Po tej rozmowie małżeństwo wpuściło mnie do środka, jednak mężczyzna nadal był przygotowany do ataku na wypadek, gdybym jednak okazała się mordercą. Niedoczekanie. Usiedliśmy przy stole w jadalni. Ja naprzeciwko małżeństwa.

Więc… Czy wasz syn spotykał się z kimś, zanim przyszedł do mojej piekarni?

– Nie, całe dwa dni leżał w łóżku… Był chory – odpowiedziała matka, ocierając łzy z policzków.

Odwiedzał go ktoś? – zapytałam, patrząc uważnie na reakcje obojga rodziców.

Nie, oprócz lekarza nikt do niego nie zaglądał – odparł ojciec.

Jak nazywa się lekarz? Jest zaufaną osobą? Znaliście go wcześniej? Miałby jakieś powody, żeby doprowadzić do śmierci waszego dziecka?

– Po co pani tyle wiedzieć?! – zapytał sfrustrowany.

Mirek, nie unoś się. Lekarz nazywał się Lucjan Kingsley. Tak, jest naszym przyjacielem od czterech lat i nie wydaje mi się, by chciał, żeby nasz syn… – powiedziała kobieta, po czym rozpłakała się na dobre.

Wie pan, gdzie mogę go znaleźć? – zapytałam mężczyznę, który pocieszał swoją żonę, mimo że sam miał łzy w oczach.

Dwa domy dalej od naszego. Na prawo. Dom numer trzydzieści jeden – odpowiedział, zakrywając twarz. – Proszę już stąd wyjść. Nasz syn zmarł zaledwie wczoraj, nie pogodziliśmy się jeszcze z tym.

Przytaknęłam oraz cicho podziękowałam małżeństwu, po czym wyszłam z ich domu i skierowałam się do doktora. Zgodnie ze wskazówkami rodziców skierowałam się dwa domy dalej i rzeczywiście odnalazłam budynek numer trzydzieści jeden. Zapukałam do drzwi, ale nikt mi nie otworzył, a jednak czułam się obserwowana. Krzyknęłam więc jeszcze, że przychodzę do lekarza Kingsley’a, ale gdy nikt mi nie odpowiedział, postanowiłam, że przyjdę jutro z samego rana. Wolnym krokiem skierowałam się do domu Leona podzielić się odkryciami, lecz co dziwne on także mi nie otworzył. Zrezygnowana powlokłam się w stronę własnego domu, niecierpliwie oczekując kolejnego dnia. W nocy, gdy już spałam, usłyszałam jakiś hałas. Ostrożnie otworzyłam oczy i cicho wstałam z łóżka, po czym zerknęłam pod nie i wyciągnęłam stamtąd pistolet. Odbezpieczyłam go i ruszyłam w głąb mieszkania, by znaleźć źródło hałasu. Zauważyłam jakiś cień za oknem. Podeszłam z bronią gotową do strzału. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi wejściowych. Starałam się otworzyć je jak najciszej. Lekko je uchyliłam i zobaczyłam kawałek małej sylwetki dziecka. Otworzyłam drzwi całkowicie, a moim oczom ukazał się mały chłopczyk z czarnymi włosami i piwnymi oczami ubrany w piżamę. Wyglądał na dziewięć lat. Po dokładnym przyjrzeniu się zauważyłam, że dziecko miało czerwone oczy i ślady łez na policzkach.

Co się stało? Kim jesteś? Wchodź, szybko! Zanim się przeziębisz – powiedziałam zdziwiona wpuszczając dziecko do domu.

Chłopiec wszedł niepewnie do środka i poszedł za mną do kuchni. Zaparzyłam mu herbatę i usiadłam razem z nim przy stoliku.

– Pani na-nazywa się Alicja Ci-cichowska? – zapytał nieśmiało.

– Tak, to ja. Czemu taki mały chłopczyk zawitał do mnie o tej porze? – zapytałam ciekawa.

– Chciałem… Chciałem zgłosić do Pani sprawę… – powiedział chłopczyk biorąc ciężko wdech i powstrzymując łzy – Chodzi o to… Chodzi o to, że moja mama… Została dzisiaj… Z-zamordowana.

Widziałeś, co się stało? Dlatego przybiegłeś w piżamie i byłeś przerażony? – zapytałam posyłając mu współczujące spojrzenie.

– N-nie widziałem. Może… Po prostu powiem, co widziałem. Stało się to niedawno, z d-dziesięć minut temu. Byłem już w łóżku i spałem. Wiedziałem, że rodzice się kłócą, bo przed spaniem mama powiedziała, żebym nie zwracał uwagi na krzyki. Obudził mnie odgłos strzału. Nie wiedziałem co to, chciałem zostać w pokoju i się ukryć, ale musiałem się upewnić, że wszystko w porządku z mamą i tatą. Zszedłem na dół, a… Tam… Tam zobaczyłem tatę… Leżał na ziemi i trzymał mamę. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że mama… – powiedział, po czym zapłakał, jednak kontynuował opowiadanie. – Bardzo zależy mi na tym, żeby Pani wiedziała, co się stało i wsadziła ta-tatę do więzienia! M-mama była we krwi, chyba swojej. Gdy ta-tata mnie zauważył, odstawił mamy ciało na podłogę i wyciągnął do mnie rękę… Była we krwi mamy, tak samo jak jego ubranie. Nie chciałem uwierzyć w to, co się stało, ale gdy t-tata wyciągnął do mnie rękę przeraziłem się i wybiegłem z domu, nogi same mnie do pani poniosły.

– Przykro mi, że musiałeś to widzieć. Naprawdę… Posłuchaj, zostań dzisiaj u mnie, a jutro z samego rana zacznę zajmować się sprawą twojej matki, dobrze…? – zapytałam patrząc na niego smutnym wzrokiem.

– Marek.

– Dobrze, Marku?

– D-dobrze – odpowiedział, pociągając nosem.

Chłopiec dopił swoją herbatę i ruszył ze mną do mojej sypialni. Gdy się położyliśmy chłopczyk odwrócił się do mnie plecami i zaczął cicho łkać. Było mi strasznie przykro, że nie mogłam nic zrobić. Przytuliłam go i poszłam spać. Następnego ranka poszłam z Markiem do jego domu. Chłopcu kazałam chwilę poczekać na dworze, a sama weszłam do rezydencji. Dom otoczony był taśmami policyjnymi. Prześlizgnęłam się przez nie i weszłam na miejsce zbrodni. Zastałam tam policjanta przesłuchującego doktora i innych, którzy zajmowali się zabezpieczeniem ciała.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę „porwać” na chwilę pana Kingsley’a – powiedziałam.

– Proszę, niech Pani odejdzie z miejsca przestępstwa i da działać profesjonalistom. Takie miejsce nie jest dobre dla zwykłej kobiety ze wsi – powiedział policjant, po czym wrócił do przesłuchiwania.

– Przepraszam bardzo, ale mam pilną sprawę do załatwienia z tym panem, więc niech ruszy pan swoją du… swoje cztery litery i da pracować prawdziwym profesjonalistom. Zwykły mężczyzno ze wsi – odpowiedziałam.

– Za kogo się pani uważa? – zapytał oburzony.

– Za Alicję Cichowską. Jednego z najlepszych detektywów ostatnich dziesięciu lat! – odpowiedziałam – Słuchaj, nie mam czasu. Daj mi porozmawiać z nim chociaż dziesięć minut… Proszę.

– Siedem i później już cię tu ma nie być, zrozumiano? – powiedział z westchnieniem.

– Dziękuję! Idziemy do Twojego biura. Prowadź Panie Kingsley – odpowiedziałam zwracając się do lekarza.

Lekarz zaprowadził mnie nic nie mówiąc. Wyglądał na przerażonego, ale cóż się dziwić. Gdy znaleźliśmy się w gabinecie doktor usiadł przed biurkiem, a ja po jego drugiej stronie.

– Proszę mi opowiedzieć wszystko. Od początku. Każdy szczegół może być istotny do odnalezienia mordercy pańskiej żony – powiedziałam.

– Wróciłem z pracy o dziesiątej wieczorem. Od razu zauważyłem, że coś z żoną było nie tak. Próbowałem jakoś się dowiedzieć, aż w końcu, gdy ułożyła naszego syna do snu… Usiadła przy mnie w salonie, przy kominku. Powiedziała mi, że przyszła dzisiaj do niej jakaś kobieta. Miała czarne włosy i zielone jak szmaragd oczy. Była ubrana w białą koszulę i czarne spodnie. Na sobie miała czarny płaszcz.

„Zupełnie jak moje włosy i oczy… oraz ubrania. To nie przypadek. Czułam się obserwowana” – pomyślałam.

– Powiedziała też, że… Chciałaby w to nie wierzyć, ale… Powiedziała, że miała podejrzenia od dawna. Że ją zdradzam. Nie wiem, na jakiej podstawie wyciągnęła takie wnioski. Chciałem jej wytłumaczyć, że zawsze byłem jej wierny, ale ona nie słuchała. Wstaliśmy i zaczęliśmy się kłócić. Nagle usłyszeliśmy dźwięk tłuczonego szkła i strzału. Spojrzałem na nią, a ona… Jej ubranie zaczęło przesiąkać krwią, ona upadła. Podszedłem do niej, przytuliłem… Powiedziałem, że ją kocham, że nigdy jej nie zdradzałem… Żeby nie odchodziła.

– Koniec czasu – powiedział jeden z funkcjonariuszy, wchodząc do pomieszczenia.

Dobrze, dziękuję – powiedziałam, wstając z miejsca i kierując się ku wyjściu.

Czekaj! Widziałaś mojego syna? Nazywa się Marek i… – powiedział lekarz.

– Przyszedł do mnie wczoraj. Jest na dworze, powiem, żeby przyszedł do Ciebie. Wyjaśnij mu, że to nie ty jesteś mordercą – powiedziałam, przerywając mu.

Wychodząc z domu lekarza, powiedziałam Markowi, że ma iść do środka. Chłopiec po chwili wahania posłuchał.

– Przepraszam, jako detektyw zajmujący się tą sprawą, mogę wiedzieć, czy coś zostało odnalezione w ciele Pani Kingsley? – zapytałam jednego z policjantów stojących na dworze.

– Przydzielono do tego detektywa? – zapytał podejrzliwie.

Mimo strachu przed odkryciem kłamstwa, stanowczo pokiwałam głową.

Zawsze to ja dowiaduję się ostatni o wszystkim… O wszystkim – mamrotał pod nosem.

– Więc…? – zapytałam.

– W ciele Pani Moniki Kingsley znaleziono igłę, którą ktoś najwyraźniej posłał razem z pociskiem. Nasi specjaliści sprawdzili już pocisk. Nabój, na którym zostały resztki czarnego prochu. Po kształcie wnoszono, iż jest to nabój do rewolweru kapiszonowego Samuela Colta – powiedział.

– Mogę zobaczyć?

– Tak, ale proszę się streszczać, policja także musi ją zbadać – powiedział, po czym podał mi białe rękawiczki oraz małą foliową torebkę, w której była igła.

– Niedługo wrócę – powiedziałam, po czym ruszyłam do domu mojej przyjaciółki, która mieszkała niedaleko.

Zapukałam do jej drzwi osiem razy ustalonym szyfrem, dzięki któremu od razu wiedziała, o co chodzi. Wpuściła mnie do środka i nie czekając na cokolwiek, wyciągnęła rękę. Od razu podałam jej igłę, a ona założyła białe rękawiczki i poszła do swojego gabinetu. Ja zostałam przy wejściu. Po dłuższej chwili wyszła z biura i oddała mi wszystkie rzeczy.

– Inicjały „L.K.”

– Dzięki – odpowiedziałam i wyszłam.

Pobiegłam do domu pana Kingsley’a i oddałam policjantowi rzeczy, przy okazji dziękując za ich powierzenie. Szybko ruszyłam do mojego domu, a gdy już się tam znalazłam, skierowałam się do mojego biura. Zaczęłam łączyć fakty. Ciągle powtarzały się inicjały. L.K. To nie był przypadek.

– Pocisk… Resztki czarnego prochu… Rewolwer kapiszonowy Samuela Colta… Igła. L.K… L.K…Zaraz! – mamrotałam pod nosem, aż w końcu mnie olśniło.

Szybko wzięłam swoją broń i sztylet, po czym wybiegłam z domu. W czasie drogi schowałam swoje bronie w sprawdzonych skrytkach w moich ubraniach. Gdy w końcu dotarłam do celu, nie było już odwrotu. Nie zaprzątając sobie głowy manierami, wpadłam do jego domu.

– Co się… O, to ty Alicjo. Cześć, coś nowego? – zapytał Leo wychodząc na korytarz przed wejściem.

– Leo, to koniec. Jeśli pójdziesz ze mną i do wszystkiego się przyznasz spróbuję załatwić ci mniejszą karę – powiedziałam.

– O czym ty mówisz? – zapytał z nietęgą miną.

– Dobrze wiesz, o czym mówię Leo. Po prostu skończ już kłamać! – powiedziałam wściekła – Czemu to zrobiłeś? Zabiłeś niewinnych ludzi!

– Więc w końcu to odkryłaś. Jestem ciekawy jak do tego doszłaś – powiedział, po czym zaśmiał się niepokojąco – Ale to nieważne. W końcu już i tak za późno.

– Za późno? Na co? – zapytałam.

– Ah, to… Nic takiego, kochanie. Za późno na odwrót.

– Leo, masz szansę. Albo do wszystkiego przyznasz się przed policją i kara będzie mogła być łagodniejsza lub to ja cię zdemaskuję i będziesz miał delikatnie mówiąc przekichane – powiedziałam.

– Oh, przestań ględzić. Dobrze wiesz, że nie mam zamiaru dać się złapać – powiedział, przewracając oczami i rzucając we mnie nożem, który cudem mnie ominął.

– Skoro tak, nie zostawiasz mi innego wyboru – powiedziałam, po czym wyciągnęłam sztylet i rzuciłam się na Leo.

Wylądowałam na nim, a gdy próbowałam go unieszkodliwić on uśmiechnął się i zepchnął mnie z siebie. Nim zdążyłam zareagować, kopnął mnie w brzuch i chciał uderzyć w twarz, jednak zdążyłam przewrócić się na druga stronę, przez co jego pięść uderzyła w podłogę. Szybko wstałam i wyplułam krew z ust. Sięgnęłam po pistolet, jednak gdy zaczęłam celować Leo wytrącił mi broń z ręki, po czym sam strzelił mi swoim pistoletem w brzuch. Opadłam na ziemię.

– Wygląda na to, że to koniec – powiedział, po czym bezczelnie kopnął mnie w brzuch, przez co krew zaczęła wypływać ze mnie szybciej.

Cz-czemu L-leo? – zapytałam, czując jak łzy cisną mi się do oczu.

– Pamiętasz tę aferę? Oczywiście, że pamiętasz. Zabiłaś mojego ojca Alicjo. Jesteś morderczynią – odpowiedział chłodno.

– P-przecież wiesz… Wiesz, że… T-to nie była moja w-wina – powiedziałam.

Odwrócił się ode mnie, a ja korzystając z okazji, przyciągnęłam do siebie pistolet, który leżał na ziemi. Ten sam, który Leo wytrącił mi z ręki. Schowałam go pod płaszczem, który leżał na ziemi obok mnie.

– Gdybyś tylko… Gdybyś tylko przyszła wcześniej – powiedział, po czym odwrócił się do mnie – mój ojciec nadal by żył!

– N-nie możesz mnie obwiniać – powiedziałam.

Leo chwycił mnie za włosy i trzymał za nie cholernie mocno.

– Mogę. To wszystko twoja wina!!! – krzyknął mi prosto w twarz.

Korzystając z okazji, że był skupiony bardziej na grymasie bólu malującym się na mojej twarzy, walnęłam go w brzuch. Ostatkiem sił wyciągnęłam pistolet z ukrycia i strzeliłam prosto w serce Leo.

– Przepraszam, Leo. Za wszystko – powiedziałam i zamknęłam oczy.

Już na zawsze. Morał i ostrzeżenie wynikające z mojej historii to:

„Ludzie nie zawsze są tacy jakimi ich chcemy widzieć. Ludzie kłamią, to ich natura, urok, a jednocześnie wada. Mogą znaleźć sobie milion prawdziwych lub nieprawdziwych powodów, żeby Cię pogrążyć. Jednak mimo wszystko na niektóre z ich niemiłych knowań możesz sobie zasłużyć. W końcu jesteś tylko człowiekiem i tak samo jak inni popełniasz błędy”.

Weronika Joskowska