Przedstawiamy pracę Leny Jaroszewskiej, uczennicy Zespołu Kształcenia i Wychowania w Dzierżążnie. Praca „Szczęście pod choinką” zajęła pierwsze miejsce w V Powiatowym Konkursie Literackim „Słowotok” w kategorii „Klasy IV-VI i gimnazjalne”.


Za oknem padał śnieg. Przyłożyła nos do szyby. Była zimna. Tak samo zimne było jej serce. Od roku czuła chłód, złość i ból… Nie lubiła świąt. Już nie lubiła… Jasiek też nie lubił. Tylko Emilka wciąż czekała na Świętego Mikołaja i pukanie do drzwi… ale ona jest jeszcze mała.

– Dzieci, proszę do świetlicy. Będziemy robić ozdoby na choinkę – zawołała wychowawczyni.

Choinka… Nie znosi choinek. Zwłaszcza tych pięknych, kolorowych, z mrugającymi światełkami, tych, które stroi się z mamą i z tatą, tych, przy których potem gromadzi się cała rodzina… Rok temu rodzice wybrali się na targ po „najładniejszą w mieście choinkę” – jak mówił tata. Gdy wracali, mieli wypadek samochodowy. Zginęli na miejscu.

– Nie znoszę świąt i choinek! Gdyby nie ta choinka… – pomyślała.

Łzy spłynęły jej po policzkach. Wytarła je rękawem i zacisnęła zęby.

– Muszę być silna. Tu i tak nikt mnie nie pocieszy, nie przytuli – powiedziała cicho do siebie. – To raczej ja muszę wspierać Jasia i rozśmieszać Emilkę. Oni tęsknią tak samo jak ja.

– Zuza, pomóż mi zrobić łańcuch na choinkę – usłyszała piskliwy głosik siostry.

– Już idę, Mała – odpowiedziała łagodnie.

Zuzia nie lubiła domu dziecka, w którym musiała przebywać. Traciła już nadzieję, że ktoś zaadoptuje ją i jej rodzeństwo. Popatrzyła jeszcze chwilę przez zamarzniętą szybę na padający śnieg, który kiedyś tak bardzo ją cieszył…  Potem wstała i poszła pomóc siostrze.

– Pamiętasz? Za parę dni będzie rocznica śmierci rodziców… – powiedział smutno Jaś.

– Nie chcę zaczynać tego tematu! – krzyknęła Zuzia i wyszła ze świetlicy.

– Co się stało? – zapytała przerażona Emilka.

– Nic, Emilko – uspokoił ją brat. Wiedział, że nie powinien był rozdrapywać wciąż żywych ran, ale jego również przygniatał ciężar smutku i bólu na wspomnienie świątecznych przygotowań  z rodzicami. Gdyby mógł cofnąć czas… Już nigdy nie ociągałby się, żeby pomóc mamie, gdy prosiła o wyrzucenie śmieci czy przyniesienie ogórków z piwnicy.

Nagle ze wspomnień wyrwał go głos wychowawczyni.

– Pani dyrektor prosiła, abyś ty i twoje siostry pilnie poszli do jej gabinetu.

– Czy zrobiliśmy coś złego? – zapytała przestraszona Emilka.

– Nie, skarbie, na pewno nie – uspokoiła ją wychowawczyni.

Jaś i Emilka wstąpili po drodze po Zuzę, ale ona płakała z twarzą skrytą w poduszce i nie chciała z nikim rozmawiać. Dzieci poszły same do gabinetu na parterze.

Czekając na panią dyrektor, która osobiście poszła po Zuzannę, zastanawiali się, po co zostali wezwani. Chłopcu przez głowę nieśmiało przemknęła pewna myśl, ale bał się zapeszyć, wydawało mu się to takie nierealne…

– Dobrze, już jestem, wasza siostra też, przepraszam, że musieliście tak długo czekać.

– No to powie nam pani, po co tu przyszliśmy? – zapytał już zniecierpliwiony Jaś.

– Tak. Chcę wam kogoś przedstawić.

Do gabinetu weszło dwoje ludzi. Byli skromni i uśmiechnięci.

– To pani Ula i pan Stefan. Przyjechali z daleka, aż z Chmielna – to taka miejscowość na Kaszubach. Chcieliby zostać dla was rodziną zastępczą, a w przyszłości również adopcyjną – wytłumaczyła dzieciom pani dyrektor.

Rodzeństwo przedstawiło się grzecznie. W oczach Emilki pojawiły się iskierki, a uśmiech rozweselił małą buzię. Na twarzy Jasia widać było nadzieję i niedowierzanie zarazem. Tylko Zuza zrobiła poważną minę, jakby chciała się zdystansować, bronić przed rozczarowaniem, jeśli… coś się nie uda. Tak długo czekali na ten moment. Z zazdrością patrzyli, gdy po inne dzieci z „bidula” przyjeżdżała rodzina lub znajdowali się rodzice adopcyjni. Nawet teraz przed świętami zostali w ośrodku prawie sami. Nie mieli żadnej rodziny. Nie było nikogo, kto chciałby się nimi zaopiekować. Dla małej Emilki znaleźliby się opiekunowie, ma dopiero pięć lat i jest urocza. Jednak nikt nie był chętny przyjąć do siebie troje dzieci. Dziesięcioletni Jaś chorował na astmę, a dwunastoletnia Zuzanna przechodziła trudny okres buntu i uporu, nazywany przez niektórych „okresem dojrzewania”. W dodatku wszyscy mieli za sobą traumatyczne przeżycia.

A jednak znalazły się osoby o dobrych sercach. Małżeństwo z Kaszub przyjechało aż tu, na Podhale, aby spotkać „swoje” dzieci… Urszula i Stefan długo starali się o dziecko, a ponieważ nie było to możliwe z powodów zdrowotnych, zdecydowali się na adopcję. Pragnęli stworzyć ciepły dom dla dzieci, które go bardzo potrzebują. Marzyli o dużej rodzinie, dlatego gdy tylko dowiedzieli się o rodzeństwie z Nowego Targu, bardzo chcieli je poznać.

Potem nastąpił czas pytań, odpowiedzi, wzajemnego poznawania się, „oswajania” i ostatnich formalności. Następnego dnia rano wyruszyli w długą podróż do nowego domu. Wszyscy pełni nadziei, radości, ale i obaw. W czasie drogi dzieci głównie milczały. Chyba niepewność i strach okazały się silniejsze niż początkowy entuzjazm. Nowi opiekunowie bardzo się starali, aby atmosfera była swobodna, wesoła, ale wszyscy wiedzieli, że na to po prostu potrzeba czasu. Emilka przez całą drogę trzymała na kolanach czerwone pudełko. Nie chciała nikomu powiedzieć, co znajduje się w środku. Przyjechali na miejsce późno w nocy, dzieci szybko zasnęły w przygotowanych dla nich pokojach. Rano pani Ula i pan Stefan mile ich zaskoczyli. Przygotowali pyszne śniadanie i zaprosili do wspólnego stołu. Emilka po zjedzeniu naleśników z sosem czekoladowym i gofrów z bitą śmietaną bardzo się ożywiła.

– Zapiszę was do szkoły. Po przerwie świątecznej zaczniecie do niej chodzić.

– A co ze mną? – zainteresowała się mała.

– Nie martw się. Będę się tobą opiekować w domu – odparła Urszula.

– Ale ja chcę się bawić z innymi dziećmi i chcę się spotkać z Karoliną! – zawołała Emilka ze łzami w oczach.

– Emila bardzo lubi towarzystwo, a Karolina to jej najlepsza przyjaciółka z przedszkola, do którego chodziła podczas pobytu w domu dziecka – wyjaśniła Zuzia.

– Czy w pobliżu nie mieszkają dzieci w wieku Emilki? – zapytał Jaś.

– Z tego co wiem, niedaleko mieszkają bliźniaczki, mają chyba sześć lat – wtrącił Stefan.

– Emilko, wkrótce się do nich przejdziemy – zaproponowała Urszula.

– Zgoda, mam nadzieję, że będą miłe – powiedziała dziewczynka.

– Świetnie. A teraz zabierajmy się za przygotowania do świąt. Wkrótce wigilia! – zawołała pani domu.

– Trzeba kupić i udekorować choinkę. Kto mi pomoże? – zapytał radośnie Stefan.

Gdy Jaś i Zuza pojechali ze Stefanem kupić choinkę, Ula zaproponowała Emilce wspólne pieczenie pierników. Mała chętnie się zgodziła. Opiekunka powiedziała, że zejdzie do piwnicy poszukać foremek, a ona ma poczekać w kuchni. Emilka podeszła do okna i zobaczyła dwie małe dziewczynki. Pomyślała, że może to te bliźniaczki, o których mówił Stefan. Postanowiła poznać nowe koleżanki. Ubrała się szybko i wyszła z domu.

Tymczasem Ula znalazła foremki i wróciła do kuchni.

– Emilko, mam już foremki. Wyjmiesz, proszę, miskę? Jest w dolnej szafce po lewej stronie.

Odpowiedziała jej cisza, dziewczynki nie było. Przerażona Ula obszukała cały dom ale po Emilce ani śladu, zdenerwowana zadzwoniła do Stefana…

Dziewczynka przechadzała się spokojnie, szukając domu koleżanek, choć nie miała  pojęcia, jak on wygląda. Na osiedlu nie spotkała żadnych ludzi, których mogłaby zapytać o małe bliźniaczki. Szła przed siebie, nie zdając sobie sprawy, jak daleko oddaliła się od domu. Nagle zatrzymał się przy niej samochód. Młody mężczyzna uchylił szybę i zapytał:

– A gdzie panienka idzie? I to tak sama?

– Szukam domu sześcioletnich bliźniaczek, chyba mieszkają tu niedaleko – odpowiedziała  odważnie Emilka.

– Aaa, chodzi ci o córeczki państwa Nowaków? No tak, mieszkają niedaleko, dosłownie ulicę dalej.

– A mógłby pan powiedzieć dokładniej, w którym domu?

– Wiesz… jak chcesz mogę cię nawet tam podwieźć.

– Zgoda – Emilka wiedziała, że nie powinna rozmawiać z obcymi, ale ten pan był taki miły, że ufnie wsiadła do samochodu.

Do domu wszedł zdenerwowany Stefan,  Ula płakała i zupełnie nie wiedziała, co robić. Bała się, że odbiorą im dzieci. Przecież dopiero co zostali ich rodziną zastępczą, a tymczasem nie upilnowała dziewczynki.

– Gdzie jest Emilka?! – zapytała zapłakana Zuzia.

– Nie wiem! – krzyknął Stefan – Ula zadzwoń na policję, nie można już dłużej czekać.  Zostańcie w domu, a ja z Jasiem pojeździmy po Chmielnie i poszukamy jej. Może po prostu zabłądziła.

Emilka z każdą minutą spędzoną w samochodzie obcego pana czuła silniejszy niepokój. Wiedziała, że źle zrobiła. Jechali już dość długo, gdy zapytała niepewnie.

– Dlaczego jedziemy nad jezioro, jeśli dom bliźniaczek był niedaleko mojego?

– Spokojnie, zaraz będziemy na miejscu – odpowiedział podejrzanym głosem mężczyzna.

– Ale ja chcę już wracać, ciocia i wujek czekają na mnie – mała rozpłakała się.

Wjechali na niewielkie podwórko z domkiem letniskowym nad jeziorem.

– Dojechaliśmy. A teraz bądź grzeczna i nie bój się.

Mężczyzna wysiadł, chwycił dziewczynkę mocno za rękę. Zaprowadził do domku. Było tam zimno i ciemno. Emilka zaczęła krzyczeć, ale wtedy zakleił jej usta taśmą i związał ręce. Ułożył ją w pozycji leżącej, by nie mogła uciec. Była przerażona, panicznie się bała.

Było już po piętnastej, nadchodził zmierzch, a Emilki wciąż nie było. Ula pytała sąsiadów, Stefan przeszukał okolicę. Strasznie się bali o małą. Policja rozpoczęła poszukiwania. Zuza wpadła w rozpacz i wściekłość jednocześnie. Jaś nie wierzył, że coś mogłoby się stać jego małej siostrzyczce. Przecież zaledwie rok temu zginęli ich rodzice, a teraz zaginęła Emilka… Nie, to nie może się dziać naprawdę.

Emilka leżała skulona. Szlochała, a łzy płynęły jej po policzkach. Nie wiedziała, co się dzieje, dlaczego tu jest, co zrobiła i czego ten pan od niej chce? Myślała tylko o tym, że chce wrócić do siostry i brata. Ten straszny pan zagroził jej, że ma być grzeczna i cicho leżeć, a on musi zrobić zakupy świąteczne. Powiedział, że gdy wróci da jej prezent. Wyszedł. Zamknął drzwi na klucz. Dziewczynka słyszała, jak odjeżdża samochodem. Emilka wiedziała, że musi jakoś uciec. Oglądała  kiedyś z Jasiem taki film, w którym porwane dzieci próbowały się wydostać. Ale ona była sama i bardzo się bała… Nagle przypomniało jej się, że ma w kieszeni telefon komórkowy Jasia. Zabrała rano bratu, bo chciała pograć w gry. Ten pan pewnie nie pomyślał, że pięcioletnie dziecko może mieć przy sobie telefon, więc jej go nie odebrał. Emilka pamiętała, jak Jaś mówił, że musi doładować kartę, bo nie może już dzwonić. I co teraz? Co jeśli nie będzie mogła zadzwonić po pomoc? Emilce udało się oswobodzić ręce i delikatnie odkleić taśmę z ust. Szybko włączyła telefon. Wybrała numer Zuzi, ale usłyszała tylko komunikat: „Nie możesz wykonywać połączeń”. Rozpłakała się.

Wtedy przypomniała sobie zajęcia z przedszkola, gdy pani mówiła o numerach alarmowych na policję, pogotowie i straż pożarną, ale teraz pamiętała tylko jeden. To chyba było 1-1-2. Spróbowała, a po chwili usłyszała głos ratownika.

– Jestem Emilka – powiedziała płacząc – taki pan miał mnie podwieźć do bliźniaczek, ale zabrał do pustego zimnego domku nad jeziorem…

*

Nadszedł wigilijny wieczór. Na stole znajdowało się dwanaście potraw. Pod obrusem sianko, a na nim opłatek. Blask świecy i dźwięk kolęd dodawały niezwykłego nastroju. O traumatycznych przeżyciach z ostatnich dni nikt dzisiaj nie wspominał.

– Chwileczkę, jeszcze coś – Emilka pobiegła do swojego pokoju i wróciła z czerwonym pudełkiem. Wyjęła z niego długi papierowy łańcuch, który zrobiła z Jasiem w domu dziecka i opasała nim dookoła stół wigilijny.

– Emilko, co to jest? Może zawiesimy ten łańcuch na choince? – zapytała zdziwiona Urszula.

– No jak to co?! Wy nigdy nie owijaliście stołu łańcuchem, po to, żeby żaden z domowników nie opuścił w nowym roku rodziny? – zapytała równie zdziwiona dziewczynka.

– To nasza podhalańska tradycja – wyjaśniła Zuzia – mama zawsze opasała takim stół.

– Zatem uszanujmy ten piękny zwyczaj. I mam nadzieję, że nikt z nas nie opuści naszej nowej rodziny – odpowiedziała wzruszona Urszula.

– A kto przynosi prezenty na Kaszubach? – zapytała Emilka.

– Zwyczaje i tradycja są ważne, ale nie ma teraz znaczenia, czy prezenty pod naszą choinką położył Gwiazdor, Mikołaj, Aniołek, Gwiazdka czy Dzieciątko. Ważne jest to, że pod tą choinką znaleźliśmy dzisiaj szczęście…  – dodał Stefan.

Wszyscy zgodnie przytaknęli, a Jasiu zamyślił się przez chwilę.

– Czy wiecie, że pierwsze litery naszych imion tworzą ważne słowo? – zapytał, a następnie wyjaśnił – J – Jaś, E – Emilka, Z – Zuzanna, U – Urszula, S – Stefan. JEZUS!

– Niesamowite! Jasiu, jesteś bardzo bystrym chłopcem – pochwaliła go Ula – dzisiaj Jezus narodził się także dla nas, w naszej rodzinie.

– ”Cicha noc, święta noc…” – zaintonowała Zuzia, patrząc na najpiękniejszą choinkę.

Lena Jaroszewska