PRZEDSTAWIAMY NAGRODZONE PRACE W POWIATOWYM KONKURSIE LITERACKIM „SŁOWOTOK 2020”. ZADANIE ZOSTAŁY ZREALIZOWANE DZIĘKI DOTACJI POWIATU KARTUSKIEGO.

Kacper Labuda

Dziadek

„Jeśli komuś się nie powiodło tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek, patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję.” 
K. Ishiguro

Cykanie świerszczy ucichło, zagłuszone głośnym kaszlem. Z niepokojem spojrzałem na dziadka, ale ten wyglądał, jakby w ogóle nie przejmował się zmianami, które działy się w jego organizmie. Chciałem go zapytać, czy dobrze się czuje, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Doskonale wiedziałem jak to się skończy – dziadek rozpocznie dwudziestominutową tyradę o niewdzięcznych potomkach, którzy nie rozumieją, że siedemdziesiąt lat to wciąż młodość, a on czuje się doskonale i najlepiej to byśmy go w ogóle żywcem pochowali. Postanowiłem go nie prowokować i w milczeniu zbierałem dalej chrust na ognisko. Lipiec jest świetnym miesiącem na plenerowe imprezy, ale organizowanie ogniska na siedemdziesiąte urodziny dziadka wydawało się być groteskowe. 
-A ty co? Nie będziesz wmawiał staremu, żeby się do lekarza wybrał? – Dziadek sam postanowił poruszyć temat, szukając powodu do przekomarzań. Moje milczenie bardzo by go rozczarowało, czułem się zobligowany do odpowiedzi na zaczepkę. 
-A po co mam namawiać, jak mi dziadek powie to samo co zwykle? 
-Widzisz, ja po prostu bardzo nie lubię lekarzy. Jak już mam umrzeć, to zrobię to w domu, tak jak na faceta przystało. 
Zimne dreszcze przebiegły mi po plecach. Pierwszy raz słyszałem jak dziadek mówi o swojej śmierci. Do tej pory wydawał mi się nieśmiertelny, stojący z boku jak odwieczna rzeźba obserwująca zmieniający się świat, witająca nowonarodzonych i żegnająca odchodzących przyjaciół. Myśl ,,On umrze” rozbijała mi się po głowie jak wprawione w ruch serce dzwonu. Potrzebowałem szesnastu lat, by to sobie uświadomić. 
-Facetowi przystoi też zajmować się rodziną. Dziadek po śmierci nie będzie mógł tego robić – zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że łamie mi się głos. Miałem nadzieję, że dziadek nie zwróci na to uwagi. 
-A kim twoim zdaniem powinienem się opiekować? Dzieci powyjeżdżały, żona nie żyje, wnuki odchowane. Raz na miesiąc ktoś się pofatyguje, żeby odwiedzic i wtedy wszyscy najmądrzejsi, próbują mnie życia uczyć. 
Mimo braku pretensji w głosie dziadka, poczułem wyrzuty sumienia. Rzeczywiście, nie odwiedzaliśmy go często. Wiele razy zdarzało się też, że rodzice jechali sami, bo mi się akurat nie chciało, byłem z kimś umówiony, albo po prostu miałem inne plany. Dziadek miał prawo być urażony takim zachowaniem, jednak miałem wrażenie, że to nie jest najodpowiedniejszy moment na przeprosiny. Zamiast tego mruknąłem cicho:
-Wszyscy chcemy dla ciebie dobrze – Nawet w moich uszach nie brzmiało to specjalnie przekonująco. 
-A czy ja mówię, że nie chcecie? Chcecie aż za dobrze. Stary facet jestem, mam swoje zwyczaje i przyzwyczajenia. Znasz takie powiedzenie: ,,Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek?”. 
-Znam, no ale… 
-No właśnie, znasz. To wystarczy. – Dziadek na chwilę przestał mówić i wyciągnął paczkę papierosów, która do tej pory leżała w kieszeni na piersi koszuli. Krótki brązowy filtr znalazł się w jego ustach i po chwili spomiędzy palców wyskoczył niewielki płomyk. Obserwując go, miałem wrażenie, że dziadek jest w jakiś sposób odporny na wiatr – pomimo silnych podmuchów, ogień wypływający z trzewi benzynowej zapalniczki pozostawał niewzruszony. Już po pierwszym zaciągnięciu się, dziadkiem wstrząsnął kaszel. Ten atak był o wiele silniejszy od poprzedniego, starszy człowiek aż podparł się dłońmi o kolana. Doskoczyłem do niego, ale zbył mnie ruchem ręki. Gdy atak minął, spojrzał na mnie z uśmiechem i powiedział: 
-Tylko nie mów twojej mamie. Obiecałem jej rzucić palenie – zamilkł na chwilę – w sumie nieźle mi idzie, to mój pierwszy papieros dzisiaj. Im człowiek jest starszy, tym większej liczby przyjemności musi sobie odmawiać. Jeszcze trochę i zabronią mi w ogóle wychodzić z domu. 
-Mama się po prostu o dziadka martwi. 
-A sama dalej pali jak smok. Doceniam jej starania, ale dalibyście człowiekowi trochę się życiem na starość nacieszyć, a nie tylko bzdurne zakazy. Jak byłem dzieciakiem to musiałem słuchać mamy, twojej prababci. Pamiętasz ją? 
Przecząco pokręciłęm głową. Nie chciałem się odzywać, by nie wybijać go z rytmu. Czułem, że nadchodzi jakaś ciekawa refleksja. 
-W sumie to nic dziwnego, umarła jak miałeś trzy latka. To była prawdziwa kobieta z charakterem. Gdy byłem w twoim wieku umówiłem się z kolegami na piwo. Niezbyt rozsądnie wybraliśmy polankę koło starej stodoły Holasa, mojego kolegi z klasy. Zobaczyła nas sąsiadka i doniosła naszym rodzicom. Mama tak się wściekła, że po całym domu goniła mnie z kijem od miotły, musiałem się zabarykadować w łazience. Żeby nie było – tydzień później położyliśmy w nocy jakis pniak pod drzwiami tej sąsiadki i stara prukwa musiała wychodzić przez okno – dziadek wybuchł takim śmiechem, że aż stanęły mu łzy w oczach. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy wstrzął nim kolejny atak kaszlu. 
-A jak na to zareagował tata? W sensie pradziadek? W sensie… – zacząłem gubić się w prostym pytaniu, nie do końca wiedząc jak chcę je sformułować. 
-Powiedział, że jesteśmy głupi, że daliśmy się złapać i następnym razem mamy chować się gdzie indziej. A co do sąsadki, to sam mimochodem podsunął mi ten pomysł, mówiąc, że takim ubeckim donosicielkom powinno się zabarykadować drzwi. Poszliśmy za jego radą – dziadek szeroko uśmiechnął się do swoich wspomnień. 
-Potem było tylko gorzej. Człowiek dorósł, wyniósł się na swoje, ale za szybko się ochajtał. Kochałem twoją babcię z całego serca, ale ta kobieta potrafiła naprawdę dać w kość. Nie umiała odpoczywać, w domu cały czas musiało coś się dziać. Nigdy nie bierz sobie za żonę nauczycielki, bo całe wakacje to będzie jeden wielki remont. 
-Dziadek przesadza, nie mogło być tak źle. 
-Ja nie mówię, że było źle, to była najlepsza kobieta pod słońcem, tylko wiecznie zapracowana. Powtarzała, że natura nie toleruje bezruchu. 
-Zgadza się z nią dziadek? 
-Wtedy się nie zgadzałem. Tłumaczyłem, że skały stoją w ten sam sposób od setek czy nawet tysięcy lat, ale ona kontrowała, że erozja też jest ruchem i działaniem. Trochę czasu mi zajęło, żeby zrozumieć, że miała rację. Mógłbym siedzieć teraz w domu i oglądać teleturnieje tak jak to robią starzy ludzie, ale to jest wbrew naturze. Ruch jest podstawą całego życia. 
-A nie czuje się dziadek czasami zmęczony? Nie wolałby dziadek usiąść na kanapie i pooglądać te teleturnieje? 
-Powinieniem ci dupę zlać za niesłuchanie. To właśnie takie siedzenie mnie męczy. Dlaczego więźniów tak rzadko wysyła się do pracy, a zamiast tego po prostu siedzą w zamknięciu? Skazuje się ich na bezruch, na wyłamanie się spod praw natury. Nic tak nie męczy człowieka jak bezruch. 
Ciężko było mi znaleźć odpowiedź na tę filozofię dziadka. Co więcej – zaczynałem wierzyć, że ma on rację. Wróciłem pamięcią do spędzanych w domu wakacji czy ferii, które dłużyły się w nieskończoność ze względu na brak zajęcia, czy też jak powiedziałby to dziadek – ze względu na bezruch. Nie mogłem się wtedy doczekać powrotu do szkoły, wyjazdu czy spotkania ze znajomymi. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak paskudna potrafi być starość – to takie dożywotnie wakacje, ale na wyjazd nie masz pieniędzy, a koledzy, z którymi umawiasz się na wieczór nie żyją, albo nie są już w stanie wychodzić. 
-To co, wystarczy już chyba tego chrustu? Wracajmy do domu – dziadek wyrwał mnie z zamyślenia. 
Ledwo wróciliśmy na podwórko przed domem dziadka, a już podbiegł do mnie mój młodszy brat. 
-Mama cię woła. Czeka w kuchni. 
Od początku wiedziałem o co chodziło. Siedziała na starej ławie kuchennej przy oknie nerwowo bawiąc się telefonem. 
-I co, udało ci się go przekonać? – zapytała od razu po tym, jak przekroczyłem próg. 
-Nie ma szans, nie da się go przekonać do spokojniejszego życia. 
-A rzucił chociaż palenie? 
-Rzuca – odpowiedziałem bez zawahania, ciesząc się w duchu, że wspólnie z dziadkiem mamy swoją małą tajemnicę. 
-Widzisz, od początku ci mówiłam – nie było sensu z nim dyskutować. Niepotrzebnie się uparłeś. Nie zmienił się od czasów mojego dzieciństwa. 
-Czyli wysłałaś mnie, żebym z nim porozmawiał, ale sama wcześniej nie próbowałaś? – poczułem się oszukany. Wiedziałem, że mam pogadać z dziadkiem o zdrowym życiu, ale byłem przekonany, że to tylko dla zasady, że cała rodzina wierci mu dziurę w brzuchu. 
-Nie. Jesteś jego jedynym wnukiem. Jeśli nie posłuchał ciebie, to nie posłucha nikogo.
Zapadła między nami niezręczna cisza, którą przerwało wołanie dziadka. Zapraszał nas na ognisko, które zdążył sam rozpalić.  
Nie wiedziałem, że to moje ostatnie spotkanie z nim. Dwa tygodnie później zabrał go zawał serca. Byłem jednym z niewielu, którzy nie płakali na pogrzebie, gdyż wiedziałem, że dla niego ruch się skończył, a mimo to będzie mógł odpocząć. Teraz moja kolej, by życie oprzeć na ruchu. 


Daria Kaszubowska

Głupi jak pęk słomy

Jeśli komuś się nie powiodło tam, 

gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, 

by podjąć jakąkolwiek próbę, 

to taki człowiek, patrząc wstecz na swoje życie, 

znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję.

(Kazuo Ishiguro)

Julian przegrywa wszystko już w pierwszej minucie, choć oczywiście z początku wcale nie zdaje sobie z tego sprawy. Nikt z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. 

– Czë të co czëł ò Grifie Pòmòrsczim?

– Nié.

– To jô cë terô kąsk rzekna.1

Julian zapala papierosa, zaciąga się raz, ale wkrótce o nim zapomina i narastający popiół prószy na trawę. A Bronek mówi. O tajnej organizacji wojskowej, o partyzantach, o tym, że trzeba mieć odwagę.

– A jeżlë to sã nié darzë?2

Bronek patrzy na kuzyna długo, bardzo długo oczami o opadających kącikach, błękitnymi jak majowe niebo nad nimi.

– Zwëcãstwò abò smierc – odpowiada poważnie. – Leno… – I uśmiecha się tym uśmiechem, w którym kochają się wszystkie dziewczęta, nawet jeśli wiedzą, że młodzieniec jest klerykiem. – … më mdzem wiedzec, że më robilë wszëtkò, co sã dało.3

Julian nie zastanawia się długo. Ma słabość do młodszego kuzyna, może dlatego, że jako jedyny z ich rodziny się kształci, a może dlatego, że kształci się właśnie na księdza, a ksiądz to wiadomo, poważanie. Znają go nie tylko w Chmielnie, bo tu każdy zna każdego, ale i w całym powiecie. A może po prostu lubi Bronka, bo jest pogodny, spokojny i przyjazny, podczas gdy Julian jest marudny, nerwowy i zamknięty w sobie. 

– Wej le! Jo, fejn. – Ściska twardą dłonią dłoń kuzyna, która wcale nie jest tak miękka jak mogłoby się zdawać. Bronek także zna trud pracy na gospodarstwie, szczególnie teraz, gdy został sam z rodzicami i z siostrą w stanie błogosławionym. Starszy brat zginął na Oksywiu w trzydziestym dziewiątym, a szwagier trafił na przymusowe roboty na Żuławy.

Ten uścisk, trochę tylko dłuższy niż zwykle, jest początkiem końca.

(Za każdym razem, gdy Julian pędzi stado swoich owiec na łąkę na wzgórzu, mija to miejsce, gdzie wtedy rozmawiali. Czasem udaje mu się o tym nie myśleć, mimo że stokrotki rosną tam jak czterdzieści lat temu i niebo tak samo jak czterdzieści lat temu odbija się w wodach jeziora po drugiej stronie drogi. Niebo błękitne jak oczy Bronka. Pies sąsiadów wyskakuje z ujadaniem i podgryza owce po nogach. Owce przerażone rozbiegają się dookoła. Julian przegania psa kijem i wrzaskiem.

– Dójas! Głùpi jak pãk słomë!4 – Słyszy pomstowanie sąsiada.

Już się przyzwyczaił. Wszyscy tak na niego wołają.)

Julian nie jest nikim ważnym. Jest daleko od wielkich spraw wojskowych. To Bronek dźwiga na swoich barkach największy ciężar – jak ciężki, widać tylko po tym, że barki pochylają mu się coraz niżej, a na jasnych skroniach pojawiają się niteczki siwizny. Bronek jest dowódcą, Bronek wydaje rozkazy, Bronek przyjmuje przysięgi na krzyż, Bronek decyduje, kiedy i gdzie odbędą się zbiórki. Przeważnie u Juliana w stodole.

– Të nié masz familii.5 – Tłumaczy z przepraszającym uśmiechem. Piotr, jedyny brat Juliana walczy w Wehrmachcie gdzieś w głębi Rosji, gdzie sytuacja podobno jest bardzo kiepska, jak to u Ruskich. 

Julian za każdym razem się zgadza. Siedzą więc w stodole, zazwyczaj wieczorami, przy płomyczku lampy naftowej, jak najmniejszym, by blasku nie było widać z ulicy. Julian, Bronek, Bolek Okrój, bracia Kuchtowie, Klemens Zieliński, który jest łącznikiem z Kartuz. Czasem wypiją po kielichu sznapsa, po jednym dla animuszu, ale nie więcej, bo Bronek potępia alkohol. Niemal zawsze, gdy już omówią sprawy oddziału, pograją w karty. A jaki Julian jest dumny, gdy to u niego w sianie ukrywają radiostację i raz w tygodniu specjalnie wyszkolony telegrafista nadaje szyfr aż do Londynu!

Ciosy zadawane przez gestapowca bolą tak samo, bez względu na to, czy jest się kimś bardzo ważnym, czy tylko nikim ważnym.

( – Cëż je czëc, Juli?6 – zagaduje łaskawie stary Tusk, ten sam, który w czasie wojny podpisał Volkslistę i był jednym z tych, co donosili Szwabom, a po wejściu Ruskich zmienił front i włączył się w organizację milicji. Taki śliski zawsze wie, z kim trzymać.

A Julian jeszcze pamięta, jak bolała zdrada.

– Fejn – cedzi przez zęby. Tusk śmieje się dobrotliwie z głupiego sąsiada.

Julian idzie przez wieś z torbą, w której dzwonią butelki po wódce, a dzwonią tak rozpaczliwie jawnie, że zdaje się, że cała wieś wychodzi posłuchać i się pośmiać. Bronek może i nie tolerował alkoholu, ale Bronka tu już dawno nie ma, a życie zostało. I to życie na trzeźwo jest nie do zniesienia. Nawet jeśli Julian wie, że z każdym łykiem wódki przegrywa wszystko to, czego nie udało się przegrać na wojnie. 

W sklepowej kolejce słyszy, jak wścibska Pranczkowa pyta starego Tuska:

– To mòże bëc, że òn chëba bëł żôłniérzem? W tëm Grifie abò czëm?

– Jak òn bëł w Grifie, to jô jem Gierek.7

I śmieją się, jak gdyby to było coś rzeczywiście zabawnego. Stary Juli, głupi dójas, pijus – partyzantem w Gryfie Pomorskim! A im głośniej dzwonią butelki w torbie, drżącej w roztrzęsionych ze złości rękach, tym głośniej oni się śmieją.)

Szosa odśnieżona jest tylko częściowo. Po obu stronach piętrzą się zaspy. Śnieg wciąż wali z chmur, wiatr wyje, przenika na wskroś przez cienkie pasiaki i stare koce. Stopy w drewnianych chodakach już dawno zamarzły jak sople lodu. 

– Boże, Boże, jak zimno! Boże, jeść! – jęczy ten i ów.

– Stille! Schnell, schnell!8 – Niemcy poganiają więźniów pałkami i kolbami karabinów, a owczarki obnażają kły, wściekłe w swej nienawiści nie mniej niż właściciele. Co jakiś czas rozlega się strzał na tyłach kolumny, gdy oprawcy dobijają najsłabszych.

Julian trzyma w garści kromkę chleba, którą w sąsiedniej wsi rzuciła w jego stronę obca dziewczynka. Dzięki tej kromce przetrwa jeszcze do kolejnego noclegu, do kolejnej wsi, gdzie może znajdzie się inna dziewczynka z kromką chleba.

Z Marszu Śmierci udaje mu się uciec w Pomieczynie.

( – Dójas! Dójas! Głùpi jak pãk słomë!

Gromada dzieciaków z tornistrami na plecach stoi przed jego chatą i rzuca kamieniami w sztachulcowe ściany. Julian otwiera gwałtownie drzwi i wybiega na podwórze, aż dostaje zadyszki. Dzieciaki rozbiegają się z piskiem i śmiechem.

– Wa srele, wa piekielniki!9 – Im więcej wygraża im pięścią, pokasłując, tym więcej się śmieją, zupełnie tak, jak zawsze śmieją się ich rodzice i dziadkowie.)

Julian myśli, że nic gorszego niż Stutthof już go nie może spotkać. Że przegrał już wszystko. Jak bardzo się myli! Pojmuje to natychmiast, gdy w środku długiej, marcowej nocy przychodzą po niego NKWDziści i wyprowadzają z domu niemal tak, jak go zastają – w spodniach prędko naciągniętych na koszulę nocną i w kożuchu chwyconym w pośpiechu z wieszaka. Nawet nie zdołał zamknąć drzwi na klucz.

W innych chatach w całym Chmielnie też palą się światła. U Kuchtów, u Okrojów, u rodziny Bronka. Słychać lament kobiet, którym żołnierze wydzierają z objęć mężów, synów i ojców. Słychać płacz rozbudzonych, wystraszonych dzieci. To chyba wtedy Julian obiecuje sobie, że nigdy się nie ożeni, aby nigdy żadna kobieta nie musiała po nim rozpaczać. 

Jeśli przeżyje, to i tak już żadna go nie zechce.

Po kilkudniowym – a może kilkuletnim, bo czas dłuży się w nieskończoność – pobycie w więzieniach, od prowizorycznego aresztu w piwnicy chmieleńskiej szkoły, gdzie uczył się jako dzieciak, przez dawne więzienia żandarmskie w Kartuzach i w Chojnicach, aż po przejściowy obóz w Działdowie, gdzie przesłuchują go na zmianę Ruscy oraz kaci w polskich mundurach z orzełkiem bez korony, skrwawiony, głodny i wycieńczony trafia do bydlęcego wagonu. Kiedy widzi obce, obojętne twarze żołnierzy i cywilów na peronie, a w wagonie przestraszone twarze tak samo skatowanych jak on rodaków, czuje mimo wszystko dumę, że jednak jest wśród tych w wagonie.

Bronek odnajduje go w ścisku. Przez krótki moment w błękitnych oczach widzi odbicie tego, o czym sam myślał. A potem zapada ciemność, taka straszna ciemność, która wnika w głąb duszy i nie rozjaśnia się już nigdy. A na pewno nie jest w stanie rozjaśnić jej syberyjskie słońce.

(- Niech bãdze Pòchwôlony. A wic dójas jidze ju kù reszce na tam ten swiat? Ja mësléł, że òn nigdë nie ùmrze – żartuje jeden z sąsiadów, którzy jak wielu innych przychodzi nie tyle pożegnać staruszka, co popatrzeć sobie na jego agonię.

– Jo, le cëchò, òn jesz czëje10 – strofuje go Déla11, ale bez przygany, tak tylko z zasady, bo nie wypada przecież o gospodarzu źle mówić, nawet, a może tym bardziej, o umierającym. A przecież Julian wie, że i ona od dawna czeka na jego śmierć jak na wybawienie od męczącego wuja, którym trzeba się opiekować i który nie chce jeść rosołu ugotowanego na starym kogucie. Gdyby miał choć jeszcze trochę sił, przepędziłby kosą wszystkich wścibskich gości, a Déli pokazałby, gdzie jej miejsce!

Albo żeby mógł chociaż z kimś porozmawiać…

– Bronek… Bronek…!

– Òn kògòs wòłé?

– Nicht ni wié.

Tę ostatnią bitwę Julian także przegrywa. A jednak, myśli, zamykając oczy, a jednak to oni przegrali, a on może być z siebie dość zadowolony.)

1Czy słyszałeś coś o Gryfie Pomorskim? / Nie. / To teraz trochę ci opowiem. (tłum. kaszub.)

2A jeśli to się nie uda? (tłum. kaszub.)

3Zwycięstwo albo śmierć. Ale… będziemy wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co się dało. (tłum. kaszub.)

4Idiota! Głupi jak pęk słomy! (tłum. kaszub.)

5Ty nie masz rodziny. (tłum. kaszub.)

6Co słychać, Juli? (tłum. kaszub.)

7Czy to możliwe, że on był żołnierzem? W Gryfie lub w czymś? / Jeśli on był w Gryfie, to ja jestem Gierek. (tłum. kaszub.)

8Cisza! Szybko, szybko! (tłum. niem.)

9Wy gnojki! Piekielinki! (tłum. kaszub.)

10Niech będzie pochwalny. A więc idiota idzie wreszcie na tamten świat? Myślałem, że on nigdy nie umrze. / Tak, ale cicho, on jeszcze słyszy. (tłum. kaszub.)

11Adela (tłum. kaszub.)


Agnieszka Głodowska

Jabłonka

Słyszę go codziennie rano. Niby taki szary, mały ptak. Znalazł sobie miejsce pod moim krzewem, nisko nad ziemią, jakby wcale nie obawiał się drapieżników. Jego śpiew budzi mnie do życia. Każe mi myśleć, że kolejny dzień będzie lepszy od wczorajszego. 

Z kubkiem gorącej kawy w dłoni zaczytuję się w powieści. Niemal fizycznie czuję zapach starych woluminów i zbożówki, którą naprędce szykuje bohater książki kartuskim zakonnikom. O dreszcze przyprawia mnie szelest płaszcza tajemniczego mężczyzny, kryjącego się w zakamarkach korytarza wiodącego na krużganek. Mam wrażenie, że moją skórę otula ciepło bijące od kaflowego pieca. Z zadumy wyrywa mnie śpiew mojego małego kolegi. To zadziwiające, że natura tak współgra z moimi uczuciami. Jakby dokładnie wiedziała, czego mi w tej właśnie chwili najbardziej potrzeba. 

– Czy ty mogłabyś w końcu zająć się swoimi dziećmi?! Jest dziewiąta rano, a one ciągle w piżamach, bez śniadania, siedzą w telefonach. 

Moja mama nigdy nie umiała taktownie zwraca uwagi. Taki typ. Przerażam się na samą myśl, że mogłabym być taka jak ona. Wiecznie upominająca, pesymistyczna i nadąsana. 

– Mamo, są wakacje… Czy chcesz kawy? – wyduszam z siebie miłe słowa i przyklejam uśmiech na twarz. Dusza mówi zupełnie co innego. Najważniejsze to kontrolować emocje. 

– Jak możesz spokojnie pić kawę? Ja mając małe dzieci nie miałam czasu na książki. Pranie zrób, umyj okna, dywany wytrzep…. Korzystaj z wolnego czasu. Ja na twoim miejscu…. 

– No właśnie, nie jesteś na moim miejscu. – Powoli czuję, że emocje biorą górę. – To jak z tą kawą? – Biała i z cukrem. 

Znikam w kuchni, co pozwala mi opanować się i może faktycznie obiorę jakiś plan na dziś. Mój wewnętrzny bojownik w międzyczasie wyrzuca z siebie wszystkie żale. Dlaczego nigdy nie może docenić mojej pracy? Czy na serio wszystko robię źle? Przecież się staram. No i znów czuję się jak mała dziewczynka, którą niesłusznie oskarżono o kradzież lizaka. 

Z kubkiem białej kawy podchodzę do mamy. Swoją drogą, nigdy nie nazwałabym jej „matką”, a co gorsza „starą”. Od kiedy mam dzieci czasami mówię do niej „babcia”. To podnosi rangę kobiecości. Babcia zawsze kojarzyła mi się dobrze. Ona była aniołem. Przytulała mnie, chwaliła się sąsiadom… Właśnie sobie uświadomiłam, że tak odbieram swoją mamę, jako babcie dla moich dzieci. Niewiarygodne, że ta sama kobieta ma dwa oblicza, skrajnie różne dla mnie i dla moich dzieci.

Stanęłam w drzwiach werandy i spoglądam na jej kruche ciało. Włosy całkiem posiwiały. Jeszcze kilka lat temu je skrupulatnie farbowała, a teraz mam wrażenie, że pogodziła się z sędziwym wiekiem. Skóra na jej dłoniach wskazuje na ciężką pracę przez całe życie. Jestem przekonana, że moje pokolenie nie byłoby w stanie tyle znieść. A pokolenie moich dzieci? Ech…. 

– Proszę, to kawa dla Ciebie. Może zjesz kawałek drożdżówki? 

– Przecież wiesz, że mam za wysoki cukier. – Nie da się zapomnieć. Ciągle to słyszę. 

– Mamo, gdybyś mogła znów być nastoletnią dziewczyną, jak przeżyłabyś swoje życie? 

– Też mi zadajesz pytania. Co ci chodzi po głowie?- niby nerwowo, a jednak jej twarz jakby przeszył smutek za czymś, co było dawno, co straciła… 

– Bo ty nigdy mi nie opowiadasz o swojej młodości. Wiem, wojna, głód, ciężka praca… ale czy jest coś, co najbardziej utkwiło ci w pamięci? 

Spojrzała w prawo, daleko sięgając wzrokiem, jakby uciekała poza naszą małą Szwajcarię. Wiem, że kocha naszą wioskę. Nigdy nie zgodziła się na wyprowadzkę. Wolałaby sama zostać w naszym domu niż stąd odejść. Tylko moja ludzka przyzwoitość nie pozwoliła mi jej tu samej zostawić. Mimo, iż tego nie chcę, zawsze zwracałam uwagę na to, co powie rodzina. 

– To były trudne czasy – zaczęła mówić z roztkliwieniem w głosie – nie to co teraz. Tato dostał list, mama spakowała mały tobołek, dała bochenek chleba na drogę i w pamięci mam tylko ojca dumnie oddalającego się w kierunku Kartuz. Ku chwale ojczyzny…. Nigdy więcej go nie widzieliśmy. Szukaliśmy go później na listach w obozach, wysłaliśmy pytania do Czerwonego Krzyża, ale ślad po nim zaginął. Moja mama ze dwa, może trzy lata po jego powołaniu do wojska miała sen, w którym się z nią pożegnał, powiedział „do zobaczenia w nowym życiu”. Babcia obudziła się cała zapłakana, przybiegła do naszego łóżka i do rana tuliła nas do siebie, szepcząc cicho „moje sierotki”. Gdybym mogła cofnąć czas…. 

Przytuliłabym ojca mocno, najmocniej na świecie. Gdybym wiedziała, że to nasze ostatnie przytulenie…. 

Przypatrywałam się mamie uważnie. Zobaczyłam jej szkliste oczy. Dłonie ściskały kubek, palce zrobiły się wręcz sine. Dużo emocji kosztowało ją to wyznanie. Nie była wstanie wydusić z siebie słowa. Gardło ściskał mi tłumiony płacz. 

Mama nagle odłożyła kubek, pokiwała głową, jakby strzepując z twarzy emocje i spojrzała na najstarszą jabłoń w naszym sadzie. 

– Trzeba ją dzisiaj przyciąć. Miała w ubiegłym roku zbyt dużo owoców, jej gałęzie już są za słabe, aby znów tyle udźwignąć. Ogarnij dzieci i przynieś sprzęty. Sama nie dam rady. 

To takie dziwne, że po tak głębokim wyznaniu, nagle zeszła na tak przyziemny temat. Jakby się bała, że pokaże swoją słabość. Wstała i zeszła z werandy, zrobiła dwa kroki w kierunku sadu, poczym obróciła się do mnie, krótko patrząc mi w oczy. 

– Tę jabłoń posadził mój tato, krótko przed rozpoczęciem wojny. Dbaj o nią, nawet jak mnie już tu nie będzie. 

Podciągnęła prawy rękawek swojego wełnianego swetra i odeszła do sadu. 

——————————————————————————————————————

Patrycja Serkowska

Próba to zwycięstwo

Sączył bez pośpiechu letnią już kawę. Rozglądając się po barze, jego wzrok przykuł znany od lat nagłówek ze starej gazety:

 “Fatalny występ boksera! Krzysztof Wiśniowski na przestrzeni dziesięciu rund poniósł po serii piętnastu zwycięstw pierwszą porażkę w zawodowej karierze.”

Nie musiał czytać kolejnych zdań, gdyż znał je na pamięć. Tamten dzień przyniósł ich całej rodzinie okropny ból i rozczarowanie. Nie mogło to nastąpić znowu. Nie dziś.

Zapłaciwszy, wyszedł na zewnątrz i żwawym krokiem skierował się ulicą Świętopełka do Gminnego Ośrodka Kultury Sportu i Rekreacji. Przed wejściem do jego uszu dobiegł hałas i krzyki pracowników, którzy właśnie zdejmowali z przyczepy samochodu poszczególne elementy składanego ringu bokserskiego. Przez chwilę wpatrywał się oczarowany w błyszczący, czarny materac, a następnie wszedł do środka budynku. Otuliło go ciepło tak mocne, że błyskawicznie pozbył się kurtki i powiesił ją w szatni. Wspinając się po schodach, spotkał jednego z organizatorów dzisiejszego wydarzenia. Tęgi mężczyzna posłał mu lekki uśmiech, ale nie odezwał się ani słowem. Piotr odpowiedział mu kiwnięciem głowy. Kiedy znalazł się przed drzwiami sali widowiskowej, zauważył ogromny plakat promujący niezapomniany występ dwóch bokserów. Rozczarowany wpatrywał się w swoją podobiznę z lat licealnych. Był niemal pewien, że chociaż jeden fotograf odwiedzi go, by nadać ogłoszeniu autentyczność, a zamiast tego wkleili potulną twarz dzieciaka jak z legitymacji. Mężczyzna uśmiechnął się. Faktycznie, budzący grozę przeciwnik.

Salę oświetlało światło tak jasne, że przez chwilę mrużył oczy. Rozejrzał się dookoła, szukając choć jednej żywej duszy. W sali panowała pustka. Ociągając się, podszedł do okna i bez zastanowienia otworzył je na oścież. Podmuch wiatru rozwiał jego kruczoczarne kosmyki włosów. Osoby wnoszące kolejne rzeczy, nawet nie zawracały sobie nim głowy, przez co Piotr czuł, że był sam. A będąc sam, poczuł się jak w domu.

Po męczącym treningu wrócił do domu, aby przygotować się na bojowe przedstawienie. Przedtem jednak zerknął na chwilę do sypialni, upewniając się, czy staruszkowi nic nie brakuje. Następnie zanurzył się w wannie wypełnionej po brzegi kostkami lodu i odetchnął z ulgą. Zimno regenerowało jego obolałe ciało, a ból rozpływał się w kilka chwil. Po zażyciu kąpieli założył na siebie strój bokserski, który kiedyś należał do jego taty. Podejrzewał, że nie będzie mu pasował, ale widząc własne odbicie w lustrze, rozwiało to wszystkie wątpliwości. Dostrzegł w odbiciu swojego ojca.

Punkt piąta po południu znalazł się przed wejściem do GOK-u i ku jego zdziwieniu, kręciło się tu sporo ludzi. Lekko zmieszany ruszył przed siebie w kierunku szatni, nie patrząc na ich twarze. Nie chciał by coś go rozpraszało. Ten występ należał do niego i to on go wygra.

Siedząc w sam na sam w szatni czuł się dobrze. Obawiał się niechcianego stresu, ale nic takiego do nie dotykało. Poderwał głowę w górę, słysząc szybkie kroki po schodach.

– Proszę pana? – był to ten sam facet, którego spotkał na schodach. – Już czas.

Piotr kiwnął głową i podniósł się energicznie z ławki. Spojrzał przelotnie na krwistoczerwone rękawice na swoich dłoniach i dwukrotnie stuknął pięściami o siebie. Był gotów.

Prezenter kazał mu czekać przy drzwiach, dopóki nie wywołają jego imienia. Nawet z tej odległości słyszał donośne dźwięki z sali oraz zachęcające do wspólnej zabawy słowa sędziego. Nagle rozległa się bardzo głośna muzyka, a kibice zaczęli radośnie wiwatować.

– W prawym narożniku zdeterminowany, szaleńczy i błyskotliwie przystojny – nastąpiła krótka chwila ciszy, a potem usłyszał mocno przeciągane słowa. – Michał Konarski! 

Piotr wszedł do środka, a światła padły od razu na jego sylwetkę. Pewny siebie wszedł na podest, ignorując gromkie brawa i dudniącą muzykę. Tłumy szalały.

– W lewym narożniku równie energiczny, potężny i niezwykle urokliwy – odchylił aktorsko głowę lekko w tył by nabrać powietrza. – Piotr Wiśniowski!

Nigdy nie widział, by ktoś tak niecierpliwie oczekiwał brutalnych ciosów i kopnięć pomiędzy zawodnikami. Ustawił się w pozycji do walki i oczekiwał na pierwszy sygnał. Rozległ się gwizdek sędziego. Ruszyli na siebie z dystansem, ale i z ogromną determinacją. Piotr zacisnął pięści, a na usta wkradł mu się uśmiech. Wyprowadził kilka ciosów i efektownie stawiał gardę przed atakami. Czuł się tak błogo, robiąc to co kochał. W uszach słyszał tylko szum. Przed sobą widział tylko przeciwnika, którego musiał położyć na łopatki. 

Parę pierwszych rund było mało efektowne. Piotr oddalił się o krok, a Konarski w parę sekund znalazł się tuż nad nim i obalił go na plecy. Wiśniowski próbował zdjąć z siebie rywala, jednak on przeważał go ciężarem i wzrostem. Zabrzmiał gwizdek i oboje udali się do przeciwnych narożników. Sędzia darł się do mikrofonu zagrzewając publiczność, a czarnowłosy zagryzł wargę aż do krwii. Ustawili się na startowej pozycji. Piotr zilustrował blondyna z góry na dół, wprawiając go w lekką obawę. Po kolejnym sygnale Wiśniowski wyprowadził błyskawiczny kontratak, zaskakując przeciwnika. Tym razem to Konarski upadł z hukiem, co przyczyniło się do głębokich westchnień ze strony widzów. 

W ostatniej rundzie Michał prowadził dobrze rozegraną walkę z wynikiem 9:7. Widzowie jednak gorąco wierzyli w wygraną Wiśniowskiego. Tak samo jak sześć lat temu.

Sędzia wykrzyknął:

– Oto moment, na który wszyscy czekaliśmy! – ludzie wstali ze swoich miejsc, aby nie przegapić żadnego fragmentu gry. – Ostateczne starcie! Oklaski!

Piotr oddychał głęboko wycieńczony uderzeniami. Ostatni gwizdek zabrzmiał mu w uszach i ostatkami sił ruszył gniewnie na zawodnika. Wyprowadził cios, ale Michał zwinnie go uniknął i zadał mu potężnego kopniaka prosto w brzuch, przez co Wiśniowski stracił oddech i upadł donośnie na ring. Widział jak przez mgłę. Tłum ucichł. Na pół przytomny słyszał głos sędziego, który odliczał sekundy od jednego do dziesięciu. Nokaut był wstrząsający dla wszystkich, a wynik jednoznaczny. Zwycięzcą okrzyknięty został Michał Konarski, zaś Piotra zdjęto z ringu.

Parę dni po walecznym starciu bokserów redaktorzy oraz dziennikarze pchali się pod same drzwi Wiśniowskiego by przedstawić w prasie szczegóły walki. Dzień po wydarzeniu gazety zdobiły nagłówki o pierwszej przegranej Piotra. Czarnowłosy, nie odczuwał porażki jakoś boleśnie. Wręcz przeciwnie. Był szczęśliwy, że mógł podjąć próbę, stanąć twarzą w twarz z rywalem i stoczyć uczciwy pojedynek. Wynik był bez znaczenia. Satysfakcja z udziału była dla niego sama w sobie nagrodą, o czym przypomniał mu wielki siniak na brzuchu.

Przygotowywał śniadanie tak jak miał to w zwyczaju – dwie mocne, czarne kawy w dużych kubkach, spory talerz jajecznicy ze szczypiorkiem, a do tego kromki chleba z masłem oraz solą. Wszystko ułożył na tacy, nie zapominając o talerzach i sztućcach. Przed wyjściem z kuchni wcisnął pod pachę gazetę i ruszył do sypialni.

Drzwi otworzył lekkim kopnięciem, gdyż ręce miał zajęte. Wszedł do pokoju, postawił tacę na szafce nocnej i podszedł do okna, rozsłaniając jednym, pewnym ruchem zasłony. Promienie słońca od razu wypełniły wnętrze pokoju, nadając mu całkiem innego koloru. Obrócił się w stronę starca, który zdążył już otworzyć oczy.

– Obudziłem cię?

Zaspany ojciec zsunął nogi z łóżka i usiadł chwiejnie. Niegdyś był muskularny i potężny, dziś zaś wątły oraz chudy. Przez tyle lat życia bez jakiejkolwiek aktywności fizycznej stawał się coraz bardziej niewidoczny.

 – Nie spałem od szóstej – mruknął w odpowiedzi i zręcznie zaczął nabierać porcje jedzenia. Cóż, apetyt pozostał jednak bez zmian. – Będziesz jadł z tym? – wskazał widelcem na bandaże bokserskie na rękach syna.

– Idę zaraz na trening. Może poszedłbyś być ze mną? 

Dobrze wiedział, jak tata reagował na tego typu pytania: a) wykluczone, b) jestem zbyt słaby, c) nie dzisiaj. Za każdym razem dostawał którąś z tych odpowiedzi, ale nie przestał pytać. Może to naiwne, ale wierzył, że za którymś razem otrzyma odpowiedź d) pewnie, dobry pomysł albo coś w stylu “Najwyższa pora do tego wrócić”. Każdy bokser z reguły uparcie dąży do wygranej, jednak zawodnik, który skończył już z karierą nie jest już uparty – jest nie do przekonania. Takim człowiekiem był jego ojciec.

Tata zignorował pytanie syna. Przeniósł leniwie wzrok znad talerza na gazetę i zamrugał kilkakrotnie. Przestał przeżuwać, a widelec zawisł mu w powietrzu. Potem spojrzał na syna i z niedowierzaniem spytał:- Przegrałeś? 

– Tak.

– Ironia losu, co? Poniosłem porażkę w tym samym miejscu – na twarzy rodzica pojawił się krzywy uśmiech. 

– Wcale nie przegrałeś. Wynik nie osądza twoich umiejętności. Byłeś najlepszy. Bałeś się walczyć znowu, bo nie chciałeś udowodnić, że jesteś słaby. Gdybyś się nie załamał, może wszystko byłoby takie jak wcześniej. Może nawet mama by tu była. 

Jedno wspomnienie o mamie powodowało u ojca tęsknotę tak silną, że oczy miał szkliste jak tafla wody. Wiedział doskonale, że to przez niego odeszła. Żądza wygranej zniszczyła go oraz jego rodzinę.

Piotr zaś ciągnął dalej:

– Ile możesz siedzieć tu jak w izolatce? Kochasz być bokserem. Czujesz niesmak za każdym razem, gdy pokazuję ci rękawice, a najlepiej sam byś mi je wyrwał i wrócił na ring. Czy to nie tak? – Piotr usiadł obok ojca i położył rękę na jego ramieniu. – Chodź ze mną potrenować. Naucz mnie wygrywać, a ja pokażę ci, że klęska ma też swoje dobre strony.

Tata uścisnął rękę syna, a łzy spływały mu po policzkach. Kiwnął głową potwierdzając słowa Piotra i uśmiechał się lekko. Zaczęli przygotowania do wyjścia. W którymś momencie ojciec zapytał go bardzo poważnie:

– Jakie są dobre strony twojej porażki?

Piotr pakował akurat do torby sportowej kanapki, a potem spojrzał radośnie na ojca.

– Na przykład taki, że odzyskałem dawnego tatę.

Piotr z uśmiechem zdjął rękawice i przeczesał dłonią włosy. Odwrócił się w stronę taty, który zmęczony intensywnym treningiem schodził akurat z podestu. Ogromnie cieszył go widok starszego mężczyzny, który przeciwstawił się własnym lękom. Obraz zamkniętego w pokoju i otulonego pierzyną przez większość dnia rodzica powoli stawał się nierealny. Minęło parę lat zanim ojciec wrócił do formy. Wyglądał o wiele zdrowiej – jego policzki promieniały, ciało nabrało masy i powoli uwidaczniał się zarys mięśni. Zadziwiający był fakt, że z dnia na był coraz silniejszy, a efektami jego ciosów były spore siniaki. 

Ojciec odwzajemnił uśmiech i westchnął długo.

 – Jesteś lepszy niż myślałem – zażartował z lekka.

– Odziedziczyłem talent po tobie – rzekł pełen dumy Piotr.

Na tą odpowiedź tata machnął ręką, gdyż był za skromny by się do tego przyznać. Gdy zbierali swoje rzeczy, nagle oboje zamarli w bezruchu. W drzwiach stała na pierwszy rzut oka pięćdziesięcioparoletnia kobieta, z długimi czarnymi włosami, które sięgały jej do pasa. Niebieskie oczy wypełnione były łzami. Kurczowo trzymała w jednej ręce białą torebkę, a drugą ocierała słoną ciecz, płynącą z jej oczu. Mimo to z jej twarzy nie schodził szeroki uśmiech. 

Mama wróciła. 


Julianna Gmurek

Jeśli komuś się nie powiodło tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję”

Malarz Świata Ułudy, K.Ishiguro

Taneczne wyzwanie

To co chcę wam opowiedzieć nie wydarzyło się wcale tak dawno temu. W uroczym dworku na skraju lasu mieszkały dwie piękne dziewczęta z równie piękną matką. Nie można powiedzieć, że były źle wychowane, lecz tak jak każdy dzisiejszy nastolatek wolały siedzieć przed telefonem oglądając filmy czy seriale. 

Starsza – Klara, kiedyś bardzo lubiła czytać. Potrafiła siedzieć w pokoju przez cały dzień i nie wychylać nosa zza książki. Wyobrażała sobie, że jest główną bohaterką i przeżywała wszystko równie mocno, tak jakby to naprawdę o nią chodziło. Młodsza siostra – Eliza, nigdy nie była zbyt wielką fanką opowieści zawartych w kartkach. Wolała biegać po podwórku, wspinać się na drzewa i ganiać za piką, a w deszczowe dni odtwarzać bajki z płyt DVD.

Jednak było coś, co zawsze je łączyło. A mianowicie miłość do muzyki, tańca, śpiewu i wszystkiego co było z tym powiązane. Uwielbiały odgrywać rożne scenki, śpiewając najróżniejsze piosenki i wymyślając do tego układy taneczne. Bawiły się przy tym nieziemsko. Biegały po całym dworku tworząc akademie muzyczne, spektakle i bale. Mama widząc jak wielką sprawia im to przyjemność postanowiła je pozapisywać na najróżniejsze zajęcia i chóry. Eliza bez najmniejszych trudności zdała egzamin do szkoły muzycznej, a Klara rozwijała swoje taneczne zdolności. 

Po wielu latach nauki wyrosły na niezwykle utalentowane dziewczęta. Eliza nabyła umiejętności gry na flecie poprzecznym, fortepianie, perkusji, gitarze akustycznej i elektrycznej oraz na ukulele. Niestety Klara coraz częściej zaczęła miewać bóle stawów, więc musiała zrezygnować z zaję

tanecznych. Lekarze nie wiedzieli co dokładnie jej jest. Stwierdzili tylko, że zdarza się to dużej ilości dzieci w wieku dojrzewania i najprawdopodobniej z tego wyrośnie. I nie mylili się. Bóle zaczęły występować coraz rzadziej. Jednak kiedy już chciała wrócić na zajęcia nieszczęśliwie złamała nogę jadąc na rowerze. Złamanie było na tyle poważne, że gips nosiła przez następne sześć tygodni, a po jego ściągnięciu odbyła bardzo długą rehabilitację. Całe szczęście wszystko skończyło się dobrze. Klara cieszyła się, że już jest gotowa na powrót do zajęć. Niestety przerwa była zbyt długa i nie mogła dopasować się do grupy. Miała zbyt dużo do nadrobienia, by dorównać koleżanką z grupy. Jednak postanowiła się nie poddawać, i chociaż nie była tak dobra jak inne dziewczyny, postanowiła się przygotować do egzaminów wstępnych szkoły tańca. 

Wracając do domu już nie mogła się doczekać kiedy powie o tym Elizie. Wchodząc do dworku od razu poszła jej poszukać. Eliza siedziała w swoim pokoju brzękając na ukulele i oglądając nowo odkryty serial na Netflixie. Kiedy zobaczyła Klarę niezwykle się ucieszyła i od razu zaczęła opowiadać co dzisiaj zadecydowała. -Cześć, jak dobrze, że już jesteś. Byłam dzisiaj w szkole muzycznej, jak zwykle patrzę na tablicę ogłoszeń sprawdzając czy przypadkiem nie ma jakiegoś koncertu, by nie musieć iść na teorię. Mieliśmy sprawdzian i tak mi się nie chciało uczyć. Miałam nadzieję, że może coś mnie uratuje. Całe szczęście Gabrysia się nauczyła i pozwoliła mi spisać. Ale wracając do tematu, patrzę na tą tablicę, a na niej plakat. Plakat ale to jaki, o kurczę… Jakie mieli piękne grafiki, ludzie grali i śpiewali, dookoła pełno kolorów, a na nim tylko dwa zdania. „Jesteś utalentowanym muzykiem ? Zapisz się do nas w szkolnym sekretariacie. ‘’ I dobrze nic więcej nie musieli pisać. Od razu poszłam do pani Bożenki zapytać się o co chodzi. Powiedziała, że to nowy rockowy zespół, jednak z bardzo wymagającym nauczycielem. Dostać się do niego mogą tylko najlepsi. Ja jednak jestem najlepsza prawda?- spojrzała jej w oczy oczekując potwierdzającej odpowiedzi, jednak z wielkim uśmiechem, wskazującym na to, iż żartuje. 

-Prawda, a do tego piękna i niezwykle skromna- odpowiedziała Klara śmiejąc się wraz z siostrą. -Dokładnie. Tak więc wpisałam się na listę. Pani Bożenka życzyła mi powodzenia i powiedziała, że egzamin jest dopiero za miesiąc, także mam dużo czasu na to, by się przygotować. A co u ciebie, sis? – spytała, widząc, że ta aż nie może wysiedzieć chcąc jej coś powiedzieć. -Zapisałam się na egzamin do szkoły tańca!- wyrzuciła z siebie, spoglądając na siostrę wyczekując odpowiedzi. 

-To świetnie! Tylko sama mówiłaś, że dużo brakuje ci do innych dziewczyn z grupy. Myślisz, że dasz radę? Nie boisz się? Siostra, ja za tobą murem, ale jesteś pewna? Kiedy jest ten egzamin?- Eliza, chociaż rozbiegana i często nierozważna zawsze potrafi spojrzeć na wszystko z obiektywnej strony. -Za miesiąc. Może masz rację, mam dużo do nadrobienia, a wymagania są bardzo wysokie. A do tego jeszcze nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Pani Wysoka nie ma czasu, już się pytałam. Nie, to był głupi pomysł. Na pewno mi się nie uda.- odpowiedziała Klara. Już miała wychodzić kiedy Eliza wstała i zatrzasnęła jej drzwi przed nosem. 

-Nie, nie możesz się poddawać zanim nie spróbujesz. Będziemy razem trenować, ja do zespołu, ty do szkoły. Obie damy radę. A za parę lat będziemy najsłynniejszymi siostrami w Polsce, jak nie w Europie.- stwierdziła młodsza z sióstr. 

-Mówił ci już ktoś, że jesteś niesamowitą optymistką, masz może pomysł jak ja mam to zrobić? Mam za mało umiejętności, by zaliczyć się chociażby do oczekujących. 

-To proste, codziennie będziesz ćwiczyć. Ja także. Będziemy siebie nawzajem kontrolować. Dzisiaj masz czas na wybranie piosenki, do której będziesz tańczyć, a ja wybiorę piosenkę, którą zagram podczas przesłuchania do zespołu. Od jutra zaczynamy ostre treningi. Czas ruszyć z miejsca, musisz w końcu na poważnie wrócić do tańca. Obie wiemy, że jest twoim całym życiem. Los nie zawsze nam sprzyja, ale to ty musisz go zmienić! Pamiętaj! Jutro od razu po szkole zaczynamy treningi. -Masz rację. Nic nas nie pokona, przecież jesteśmy K&E, nic nas nie załamie. -A kłody rzucane przez los, -Mogą pocałować się w nos. – po tych słowach Klara wychodzi z pokoju myśląc już o tym jaką piosenkę może wybrać do swojego układu. 

Następnego dnia Klara wracając do domu była wykończona po całym dniu nauki, czwartki zawsze są najtrudniejsze. Pełno różnych lekcji, które się nie pokrywają. Do tego jeszcze te znienawidzone przedmioty, wybrała kierunek humanistyczny, ale niestety musi zaliczyć jeszcze wszystkie te, które są w podstawie programowej. A ścisk w szkole przez reforme nie ułatwia sprawy, sprawiając, że w szkole jest ciągły tłok i hałas spowodowany dużą ilością uczniów. Jednak upragniony dzwonek po ostatniej lekcji zawsze jest jednym z najpiękniejszym dźwięków, który można usłyszeć spędzając całe dnie w szkole. Więc z wesołą miną, chociaż nie ukrywając zmęczenia wraca spacerkiem do dworku. Kiedy wchodzi, przy samych drzwiach czeka na nią Eliza z wyraźną złością. 

Zniecierpliwiona zwraca uwagę Klarze na to, że powinna być w domu o dużo szybciej, jeśli chce dostać się do wymarzonej szkoły. 

-Mogłabyś się trochę pośpieszysz, w takim tempie to nawet słoń zdałby te twoje egzaminy. Musisz wziąć się do roboty, bo inaczej nic z tego nie będzie… Do czego będziesz tańczyć? I czy masz już wybrany styl? Nowoczesny, breakdance czy może jeszcze inny ?- pytała z wyraźnym zainteresowaniem. -Postanowiłam zatańczyć do „It isn’t in my blood” Shawna Mendesa. Mogłabym połączyć nowoczesny z pewnymi figurami baletu. Oczywiście tyle, ile umiem. A ty ? Wiesz już co zagrasz na castingu i na czym? -Zagram „Highway to hell”, na gitarze elektrycznej. Całkowity klasyk, a jest się czym wykazać. Czeka mnie dużo pracy. Ale dam sobie radę. – powiedziała dumnie i skierowały się do kuchni, by przekąsić małe co nie co przed treningiem. 

Po tygodniu żmudnych ćwiczeń zaczęły być widoczne efekty. Klara poszła do najbliższego centrum kultury, gdzie była już dobrze znana po swoich zajęciach i spytała się o wolną salę do treningów. Całe szczęście pozwolono jej korzystać z sali baletowej, więc miała dość miejsca i odpowiednie nagłośnienie do prób. Eliza ciężko ćwiczyła, by wszystko wychodziło jej idealnie. Palce od gry miała już całe w odciskach, a jej kostka do gry zaczynała się powoli niszczyć. 

Pewnego dnia mama weszła do pokoju Klary i ze smutkiem w oczach usiadła na kanapie i powiedziała.

-Kochanie, przykro mi o tym mówić, jednak sama już nie daję rady. Nie wiesz, jak bardzo jestem z was dumna. Moje dwie piękne córeczki spełniające swoje marzenia. Lecz jest pewna sprawa, którą muszę z tobą omówić. – po czym przyciągnęła swoje dziecko do piersi i mocno przytuliła. -Mamo, zaczynam się martwić. Powiedz o co chodzi, czy mogę ci jakoś pomóc? – spytała z niepokojem Klara i oderwała się od rodzicielki spoglądając jej głęboko w oczy.

-Niestety brakuje mi pieniędzy na utrzymywanie dworku, samej jest mi trudno utrzymać naszą rodzinę wraz z całym tym domem. Nie potrafię go jednak opuścić. To mój rodzinny dom i nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek miałby tu mieszkać. Jednak musisz być przygotowana na taką ewentualność. Bardzo mi przykro kochanie. – kończąc pociągnęła nosem i sięgnęła po chusteczki stojące na komodzie obok łóżka. Klara słysząc słowa matki przejęła się bardzo jej stanem. Nie chodziło o to, że mogą stracić dworek, ale o stan jej rodzicielki. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak wiele rzeczy ostatnio jej umknęło. Mama przez pracę na dwa etaty bardzo schudła, włosy chociaż spięte w idealny kok bardzo się przerzedziły, a na twarzy zaczęły pojawiać się zmarszczki. Do tej pory nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. To fakt, zawsze musiały trochę oszczędzać i nie mogły pozwalać sobie na wszystko, a większość pieniędzy szła na ich naukę i pasję. Jednak teraz siedziała przed swoją najukochańszą osobą i było jej wstyd, że tak mało pomagała przy obowiązkach domowych. -Mamuś nie martw się, poradzimy sobie. Znajdę sobie jakąś pracę po lekcjach i dołożę się do rachunków. Przepraszam, że nie zauważyłam tego wcześniej. Kocham Cię najbardziej na świecie i nie pozwolę, by dworek został sprzedany. – Klara mocno przytuliła się do mamy i nie pozwoliła jej powiedzieć już nic więcej. 

Następnego dnia wybrała się do swojej ulubionej kawiarni i zaczęła się pytać czy nie potrzebują może kogoś do pomocy przy drugiej zmianie. Niestety wszystko było pozajmowane, ale dowiedziała się, że szukają kogoś do restauracji dwie ulice dalej. Teraz prócz szkoły, treningów doszła jeszcze praca. Razem z rodzicielką doszły do wniosku, by nie mieszać w to Elizy. Nie chciały jej stresować, a teraz gdy Klara znalazła pracę powinny wyjść na prostą. 

Przez pracę Klara zaczęła chodzić do sali baletowej w innej porze niż do tych czas. Zaczynała swoje próby dokładnie po zakończeniu ostatnich zajęć tanecznych i wchodziła kiedy inne dziewczęta pakowały się już , by wrócić do domu. Po ciężkich dniach zapominała o egzaminie, sztywnych ramach i tańczyła to co pomagało jej wyrzucić emocje. Kiedy słyszała pierwsze dźwięki piosenki zaczynała wyrzucać z siebie całą złość, frustrację i smutek. Zmęczenie odchodziło w niepamięć, a adrenalina pobudzała wszystkie komórki jej ciała. Jednak nie było to tak, jak opisują to we wszystkich książkach i filmach. Nie zaczynała robić niesamowite piruety, wyskoki i salta. Co chwila jej coś nie wychodziło. Skoki nie były takie jakby sobie to wymarzyła, po obrotach nie zawsze łapała od razu równowagę, a noga przy wyciągnięciu jej w górę, nie była na takiej wysokości, by można było uznać to za coś niesamowitego. 

Egzaminy zbliżały się nieubłagalnie szybko, a Klara coraz ciężej trenowała. Rano wstawała wcześniej, by się porozciągać. Prace domowe odrabiała w przerwach pomiędzy pracą, a cały wolny czas poświęcała na dalsze próby. Tydzień przed egzaminem gdy przyszła na próbę do centrum kultury, zobaczyła jak na sali trenuje jedna z dziewcząt z zajęć tanecznych. Przyglądała jej się zza uchylonych drzwi, tak, by jej nie zauważono. Śliczna brunetka wykonywała bardzo skomplikowany układ. Klara widząc to zaczęła się cofać, przez co nie widząc gdzie idzie wpadła na panią Wysoką. -Dobry wieczór Klaro. Co ty tutaj robisz o tej porze? Jest bardzo późno, a ty powinnaś już być w domu i przygotowywać się do jutrzejszego dnia.- spytała bardzo zaniepokojona widokiem swojej byłej uczennicy, tak późno poza dworkiem. 

-Dobry wieczór pani. Przychodzę tu, by trenować. Nie mogę niestety wcześniej, przez pracę. Jednak dzisiaj raczej nie potrenuję. Pewna dziewczyna już zaczęła, a ja nie chcę jej przeszkadzać. Także dobranoc pani. – powiedziała młoda tancerka i już zaczęła kierować się do wyjścia. -Zaczekaj Klaro, do czego się przygotowujesz? – spytała się nauczycielka. -Do egzaminu wstępnego szkoły tańca, proszę pani- odpowiedziała spoglądając w dół na swoje wyniszczone trampki. 

-Ach, dziecko drogie. Bardzo chciałabym zobaczyć co przygotowałaś. Czy mogłabyś mi to pokazać? Michalina na pewno nie będzie miała nic przeciwko.- Klara nie umiejąc odmówić zgodziła się niechętnie i skierowała się do sali. Kiedy skończyła tańczyć pani Wysoka stwierdziła, że zrobiła ogromne postępy, jednak nie jest pewna czy to wystarczy, by dostać się do tak prestiżowej szkoły. Dodała również, że Michalina będzie wpadać i doradzać jej pewne rzeczy, tak, aby było jeszcze lepiej.

Dwa dni przed egzaminem i castingiem dziewczęta chodziły jak nakręcone. Żadna nie mogła nigdzie usiedzieć. Eliza wymieniła kostkę na nową, wysmarowała ręce kremem nawilżającym i wymieniła baterie w stroiku, tak na wszelki wypadek. Klara wyprała i uprasowała swój najlepszy strój, do tego wybrała zwiewną sukienkę i zakupiła nowe gumki oraz spinki do stworzenia idealnego koka. Jedynym problemem były jej baletki. Trochę przymałe i zaczynające pękać na wielkim palcu lewej stopy. Zmartwiona tym, że zapomniała o takim ważnym szczególe stresowała się jeszcze bardziej. Wciąż powtarzała sobie wszystkie wskazówki Michaliny, by niczego nie zapomnieć.

W TYM dniu nie mogły wysiedzieć już w szkole. Casting do zespołu odbywał się dosyć wcześnie, więc Eliza musiała się zwolnić z ostatniej lekcji. Pełna napięcia weszła do sali i zagrała to najlepiej jak umiała. Klara miała egzamin po południu, więc zdążyła wejść do domu i zjeść obiad. Kiedy siedziała i jadła, dostała telefon od mamy, że Elizę potrącił samochód i jest w szpitalu ciężko ranna. W te pędy pobiegła do szpitala. Kiedy w końcu wpuścili ją do siostry, ta już powoli odzyskiwała świadomość. Kiedy Eliza otworzyła oczy, spojrzała na Klarę, a potem na zegarek za nią zdziwiła się co ona tu jeszcze robi. Kazała jej się wynosić i pójść na egzamin. Klara pomimo długich sprzeciwów uległa i pobiegła na egzamin. Niestety, gdy dobiegła do odpowiedniej sali komisja właśnie wychodziła. Na nic się zdały przeprosiny i tłumaczenia. Rozczarowana usiadła na krześle i rozpłakała się z bezsilności. Po paru chwilach wstała, zebrała swoje rzeczy i pokierowała się z powrotem do siostry. Ta słysząc co się wydarzyło pochyliła się nad nią i powiedziała. 

-Pamiętasz co kiedyś mi powiedziałaś, kiedy nie wygrałam konkursu wokalnego u nas w szkole? Zaczęłaś cytować tam jakiegoś noblistę. Jak mu tam było Ishigaro? 

-Ishiguro. Powiedział „Jeśli komuś się nie powiodło tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję”. Ale co to ma do rzeczy? 

-Popatrz… Niektóre twoje koleżanki pomimo ciągłego chodzenia na zajęcia taneczne nie zdecydowały się spróbować wziąć udział w egzaminach. A ty? Codziennie ćwiczyłaś, łącząc to z pracą i szkołą. Nikt ci nie pomagał. Wszystko wymyśliłaś sama. Dzięki temu poznałaś Michalinę. Wiesz na ile cię stać i co potrafisz zrobić, by dojść do celu. I chociaż nie wszystko idzie po naszej myśli, a los rzuca nam pod nogi kłody, to nie ważne. Ważne, że się starasz, że próbujesz i się nie poddajesz. A kiedyś, bardzo w to wierzę, wszystko się zwróci ze zdwojoną siłą. To czy się dostałam do zespołu będzie wiadome dopiero w przyszłym tygodniu, ale ja już czuje się zwycięzcą i ty też powinnaś tak się czuć.


Anna Andriskowska

Po drugiej stronie lustra

     Wychodząc z toalety, dostrzegłam tłum kłębiący się nieopodal sali od fizyki. Naraz usłyszałam donośny głos polonistki. 

      –  Co się stało? – spytałam Kamili, na którą natknęłam się wśród zbiegowiska nastolatków. 

     – Kamińska rozdzieliła, jakiś bijących się jegomościów. – odpowiedziała. Po chwili zobaczyłam nauczycielkę prowadzącą zakrwawionego Ksawerego i równie poobijanego chłopaka ze starszej klasy. 

     – To dziwne, – powiedziałam, przesuwając się na lewą stronę korytarza. – Ksawery jest raczej spokojny – słysząc to Kamila parsknęła śmiechem, jednocześnie ruszając w stronę stołówki. 

      – Jest równie spokojny jak mój pies widzący wiewiórkę. Przecież on jest zagrożeniem dla reszty uczniów w szkole! 

      – Tak mówią twoi rodzice? 

Po tych słowach moja koleżanka spojrzała na mnie znacząco.

      – Dziwi mnie twoje podejście, twój wujek też ucierpiał przez pana Kwalińskiego. Z resztą nie zamierzam cierpieć za to, że jego rodzice nie potrafili nauczyć go panowania nad sobą. 

      – Przecież wiesz ,jaka jest prawda- słysząc to rówieśniczka, przystanęła i wlepiła we mnie przenikliwe spojrzenie. 

      – Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że przez jego kochanego tatusia o mało co nie zbankrutowaliśmy, z resztą nie tylko my! – po podniesionym tonie koleżanki zdecydowałam się nie poruszać tego tematu w jej obecności. 

 Chłód listopadowego popołudnia zmusił mnie do szczelniejszego opatulenia się szalem. Idąc w stronę przystanku autobusowego, zauważyłam samotnie stojącego Ksawerego. Postanowiłam dyskretnie podejść do kolegi z klasy. Kiedy przystanęłam obok niego, spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Z jego nosa sączyła się czerwona strużka krwi. 

      – Mocno ci przyfanzolił?

 Ksawery dotknął swojego nosa, po czym spojrzał z wyrzutem w moją stronę. 

      – Jeżeli chcesz mi w ten sposób uświadomić, że nie umiem nawet się bić to… 

      – … to to może ci się przydać- mówiąc to podałam mu chusteczkę 

      – Dzięki- mruknął wycierając krew. 

      – Jeśli chcesz ,możesz podejść ze mną do domu, moja mama jest pielęgniarką i mogłaby ci pomóc. 

      – Yyy… 

      – … Mieszkasz przy tej samej ulicy co ja, tak? 

      – Tak, ale … będę musiał iść prosto do domu, sam sobie poradzę.

      – Ok.

      – … ,ale dzięki- odparł zakładając słuchawki na uszy. 

      – Coś się dzisiaj działo ciekawego w szkole? – zapytał tata stawiając na stole talerz z parującymi naleśnikami. 

      – Niekoniecznie … chociaż kolega z klasy się z kimś pobił… 

      – Ksawery? – zapytała mama, która właśnie weszła do kuchni. Zauważywszy moje zdziwienie dodała: 

      – Rozmawiałam z jego mamą, kiedy odbierałam mój płaszcz z zakładu krawieckiego. 

      – Mhm. Jego tata był dentystą, tak ? – Po tym pytaniu zdawało mi się, że temperatura w kuchni spadła o kilka stopni. 

      – Zje..- uciął pochwyciwszy lodowate spojrzenie mamy- Cudem byłoby , gdyby wiedział cokolwiek o anatomii człowieka.- dodał wbijając ostrze widelca w naleśnika.- słysząc to, przypomniałam sobie to, co stało się z moim wujkiem, pomimo jasnych przeciwskazań, pan Kwaliński przeprowadził na nim leczenie kanałowe. Nie dość, że zabieg okazał się niezwykle kosztowny, to później do operowanego miejsca wdało się zakażenie, co wiązało się z długotrwałym i nieprzyjemnym leczeniem.

     – W takim razie, jak zdobył wszystkie potrzebne dokumenty ,aby zostać dentystą?- zapytałam.

      – Podrobił. Aż dziwne, że nikt się nie zorientował wcześniej. 

      – … Nie wiem, jak tego wszystkiego dokonał…- rozmowę przerwał nam dźwięk syren alarmowych. Podbiegłam do okna i z przerażeniem odkryłam, że karetka zatrzymuje się na końcu ulicy, przy domu Ksawerego.

Poprawiwszy torbę na ramieniu, wyszłam z autobusu i skierowałam się na lewo w stronę mojego domu. Widząc jednak furtkę prowadzącą do domu Ksawerego, przystanęłam na moment. W mojej głowie kłębiły się setki myśli, w końcu zdecydowanym krokiem podeszłam do bramki, która otworzyła się ze skrzypnięciem. Potem nacisnęłam przycisk do dzwonka elektrycznego, przymocowanego obok drzwi wejściowych. Chwilę później ujrzałam w nich zaniepokojonego i zdziwionego Ksawerego. Zmierzwione kosmyki przydługich, brązowych włosów opadały w nieładzie na czoło. W kieszeni za dużej czarnej bluzy tkwił prawdopodobnie telefon, szare jeansy były podłożone i odsłaniały kostki chłopaka. 

      – Ehh… cześć, co tutaj robisz? – zapytał zachrypniętym głosem. 

      – Nie było cię tydzień w szkole, więc pomyślałam, że wpadnę – rzekłam lekko się uśmiechając. 

      – Dzięki, ale … 

      – Ale…? Wydaję mi się, że powinieneś z kimś pogadać, poczujesz się lepiej. 

      – Nie, nie potrzepuję… zaraz co ty robisz? – powiedział, kiedy bez słowa wepchnęłam się do jego domu. Usłyszałam dźwięk trzaśnięcia drzwi. W środku uderzył mnie wszechobecny porządek, buty były równo poukładane na półce, na komódce leżała serwetka, na ścianach wisiało kilka fotografii przedstawiających Ksawerego i jego mamę. 

      – Skoro już się wepchnęłaś, to chodź podasz mi te lekcje, jak ci tak bardzo zależy. – odparł, wchodząc do swojego pokoju. Siadając na miękkim, zaścielonym szarym kocem łóżku, rozejrzałam się. Pokój był mały, ale przytulny, naprzeciwko łóżka stała wysoka półka z poukładanymi na niej książkami, obok stała szafa. Naprzeciw okna ustawione było biurko, na którym leżała książka. Zaintrygowana nią spytałam: 

      – Mogę na nią zerknąć? 

      – No… – mówiąc to i podał mi ją. 

      – Księga cytatów? – słysząc to chłopak na moment spuścił wzrok. Po dłuższej chwili odezwał się mówiąc: 

      – Wszyscy z naszej klasy, jak nie ze szkoły uważają mnie za najgorszego ucznia, twierdzą, że mam ADHD i powinienem trafić do poprawczaka, bo tam i tylko tam jest dla mnie miejsce. Wszyscy tak mówią… oprócz ciebie. – powiedziawszy to, spojrzał się na mnie, a w jego brązowych oczach dostrzegłam wdzięczność… Westchnąwszy, powiedział łamiącym się głosem: 

      – Gdyby tylko nie te …. eh. Gdyby nie ojciec i jego chore ambicje i oszustwa to… mama byłaby tutaj- Nagle Ksawery skulił się ,położył dłonie na głowie, przez palce wystawały pukle ciemnych włosów. Po policzku nastolatka spłynęła łza. W zasadzie nie wiem czemu, ale postanowiłam go przytulić. Chwilę tak siedzieliśmy w milczeniu. 

      – A twoja mama, czuję się już lepiej? – spytałam po chwili. 

      – Skąd wiesz, że…., a no tak twoja matka jest pielęgniarką…- Długo milczał, gdy wtem powiedział przyciszonym głosem: 

      – Ostra białaczka limfoblastyczna. – w oczach zaszkliły mu się łzy. 

      – Trze… trzeba działać- powiedziałam ,wstając 

      – Co? 

      -Zrobimy plakaty, obkleimy całą szkołę, całe Chmielno. Ludzie oddadzą krew znajdziemy dawcę szpiku…

      – Podasz mi pinezkę- spytałam stojącego obok mnie Ksawerego. 

      – Tak, słuchaj myślisz, że to na pewno dobry pomysł? – Wziąwszy czerwoną pinezkę , wbiłam ją w korkową tablicę, przymocowując plakat nawołujący do oddawania krwi, aby znaleźć dawcę szpiku dla pani Janiny. Co chwilę słyszeliśmy złośliwe komentarze o rodzinie Kwalińskich, złowrogie spojrzenia i odzywki, towarzyszyły nam przez cały dzień. 

      – Sądzisz, że nam się uda? – ponowił pytanie 

      – Chociaż spróbujmy. 

      – Aż przypomniał mi się jeden cytat. 

      – Hmmm? 

      – “Jeśli komuś się nie po…” – przerwał słysząc dźwięk darcia papieru za sobą 

      – Po tym wszystkim mamy jeszcze krew dawać! Może rozwiesicie plakaty z prośbą o wpłacenie kaucji dla twojego ojczulka? – zagrzmiał woźny, trzymający w dłoniach podartą notkę o pani Kwalińskiej. Odwróciliśmy się w jego stronę, ujrzeliśmy jego zaczerwienioną spuchniętą twarz z guzkiem na lewym policzku. Widząc podarty plakat,  Ksawery zaczął drżeć, położyłam mu dłoń na ramieniu, aby go uspokoić. 

      – Chcemy tylko pomóc… 

      – Pomóc! Jego rodzina nie zasługuje na nic, a tym bardziej na pomoc! Dziwię się tobie Klaro, że wspierasz tę… wywłokę- słysząc to, sama zaczęłam się trząść, poczerwieniałam. 

      – Nie ocenia się dzieci po błędach rodziców. – Brew woźnego zadrżała, jego twarz przybrała odcień purpury. 

      – Jego ojciec zniszczył mi życie, przez te jego zabiegi zachorowałem, zrujnował życie mi, mojej córce Kamili, mojej żonie…. wszystkim! Widzisz to!- mówiąc to wskazał palcem na guz- Myślisz, że dzięki komu tak wyglądam? Nie obchodzi mnie, że jego matka jest chora, a może nawet dobrze, niech umiera! 

Ksawery usłyszawszy to, wyrwał mi się, po czym podbiegł i uderzył tatę Kamili pięścią w twarz. 

Czekałam z niecierpliwością na to co stanie się za moment, ze złością wpatrywałam się w drzwi od gabinetu dyrektora. Po chwili wyszła z nich wicedyrektorka. Wstając, zapytałam: 

      – Przepraszam…, ale co teraz będzie? 

      – Z Ksawerym? Cóż, niestety muszę przyznać, że może trafić do poprawczaka. 

      – Co? 

      – Klaro, mieliście dobre intencje, ale… nie powinniście rozwieszać tych plakatów. – Po tych słowach odeszła, a ja osunęłam się bez sił na ławkę. 

      – Kochani…- zaczęła wychowawczyni – jak wiecie pani Kwalińska od dawna walczyła z nowotworem. Niestety dziś dostaliśmy informację o… jej przegranej. Jako ,że jej syn chodził z nami do klasy …zanim … kilka osób uda się na pogrzeb jako przedstawiciele naszej klasy. Czy ktoś zechciałby uczestniczyć w tej ceremonii? . – Rozejrzałam się po sali, uczniowie albo wpatrzeni byli w ekrany telefonów, albo spoglądali za okno . 

Po przyjściu do domu, mimo moich największych starań, leżąc na łóżku, rozpłakałam się. Postanowiłam skontaktować się z Ksawerym. Ku mojemu zaskoczeniu odpisał na wysłaną do niego wiadomość:

” Dowiedziałem się o wszystkim dzisiaj, na szczęście zdążyłem się jeszcze pożegnać… Ponoć moja ilość punktów dodatnich zadowoliła dyrektorkę MOS-u i będę mógł uczestniczyć w pogrzebie.”

         Podeszłam do przysypanej świeżą ziemią mogiły i położyłam na niej trzy białe lilie, przewiązane złotą wstążką. Potem przystanęłam przy grobie, po moim policzku popłynęła łza. Nagle poczułam, jak ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu, odwróciłam się. Był to Ksawery. Wbiłam wzrok w zaczerwienione i podkrążone oczy chłopaka ,potem bez słowa przytuliłam się do niego. Ksawery milcząc, włożył mi kartkę do kieszeni czarnego płaszcza.

           Usiadłam na łóżku, trzymając w dłoniach kartkę, którą dostałam od Ksawerego. Rozłożywszy ją ,ukazał mi się odręcznie napisany tekst:

„Pamiętasz ten cytat, którego nie dałem rady ci dokończyć? “ Jeśli komuś się nie powiodło tam gdzie innym brakło odwagi, czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek patrząc na swoje życie znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję- K. Ishiguro” „


Patrycja Kalkowska 

Wspomnienia

To, co chcę wam opowiedzieć, wydarzyło się 10 lat temu, gdy miałam 16 lat. Mieszkałam wtedy w dużej wsi Chmielno. Może minęło już sporo czasu od tych zdarzeń, ale pamiętam wszystko dokładnie, jakby to było wczoraj. Historia dotyczy mnie i pewnego chłopaka.

Wszystko zaczęło się we wrześniu, gdy przyszłam do nowej szkoły. Wybrałam liceum o profilu humanistycznym. Już pierwszego dnia, idąc korytarzem, zwróciłam uwagę na wysokiego bruneta o brązowych oczach. Przez kolejne dni także go widywałam na przerwach. Wydawał się bardzo miły, ale byłam bardzo nieśmiałą dziewczyną, która zawsze wstydziła się podejść i zagadać pierwsza. Bałam się, że mnie nie polubi albo mnie oleje. 

Pewnego dnia, gdy siedziałam podczas przerwy na stołówce i jadłam drugie śniadanie, przechodził akurat brunet. Zmierzyłam go wzrokiem, lecz nie tylko ja to zrobiłam. Zauważyłam, że kilka innych dziewczyn się za nim ogląda, po czym usłyszałam rozmowę kilku z nich:

-Patrzcie, jaki przystojny chłopak.

-Tak, widzę, też mi się podoba, ciekawe z jakiej jest klasy.

-Nie wiem. Chciałabym do niego zagadać, ale nie mam odwagi.

-Ja też.

Przez kilka dni byłam świadkiem podobnych zachowań. Chłopak przyciągał uwagę wielu dziewczyn. Rozmawiały o nim, cały czas się na niego patrzały, lecz żadna nie miała odwagi podejść. Ja też, ale w pewnym momencie pomyślałam, że skoro tak mi się podoba, to czemu nie zaryzykować? Co prawda boję się odrzucenia, ale nie dowiem się jeśli nie spróbuję. A nóż widelec mi się uda i wszystko będzie dobrze. O wilku mowa. Akurat stał sam na korytarzu. Postanowiłam, że wezmę się w garść i podejdę.

-Hej- powiedziałam do niego onieśmielona.

-Cześć, jestem Wiktor- chłopak uśmiechnął się do mnie szeroko.

-Patrycja.

-Ładne imię. Z której jesteś klasy?

-Pierwsza humanistyczna, a ty?

-Też pierwsza, ale usportowiona.

-O, czyli lubisz sport.

-Tak.

-A jaki najbardziej?

-Najbardziej lubię biegać, ale lubię też grać w siatkówkę i piłkę nożną. A ty czym się interesujesz?

-Uwielbiam słuchać muzyki, śpiewać i piszę wiersze.

-Ciekawe zainteresowania. Ja też lubię słuchać muzyki.

Rozmawialiśmy całą przerwę. Rozmowa się kleiła, mieliśmy dużo wspólnych tematów i wspólne upodobania. Naszą konwersację przerwał nam dzwonek na lekcje.

-Ups, musimy już iść na lekcje, ale bardzo miło mi się z Tobą rozmawia, dasz mi swój numer?

-Tak, proszę.

Podałam mu swój numer telefonu i poszłam na lekcje. Miałam polski, matematykę a na końcu angielski. Przez ten cały czas pisaliśmy ze sobą. Kiedy wróciłam do domu, zjadłam obiad i odrobiłam pracę domową. Miałam chwilę dla siebie. Włączyłam moją ulubioną piosenkę Post Malone „Congratulations”. Usłyszałam dźwięk z telefonu. To Wiktor wysłał do mnie wiadomość:

-Cześć, co porabiasz?

-Cześć. Słucham muzyki, a ty?

-Ja też, a czego dokładnie?

-Post Malone „Congratulations”, a ty?

-Nie uwierzysz, ale ja też!

Co za zbieg okoliczności! Mamy tyle wspólnego i do tego słuchamy w tym samym czasie tej samej piosenki. Pisaliśmy jeszcze przez chwilę, aż napisał do mnie bardzo ważną wiadomość:

-Co robisz w sobotę?

-Chyba nic, a co?

-Może chciałabyś pójść ze mną do kina?

-Tak, bardzo chętnie.

Nie mogłam w to uwierzyć! Przystojny chłopak z korytarza, do którego na początku wstydziłam się podejść zaprosił mnie do kina. Gdybym nie zagadała do niego to pewnie byśmy się nie znali, ale się odważyłam i nie żałuję. Umówiliśmy się w sobotę na 13. Pójdziemy na „Jestem taka piękna” do Kina za Rogiem w Chmielnie.

Nadeszła sobota. Było popołudnie. Wyszłam z domu i poszłam na miejsce spotkania. Mieliśmy zobaczyć się przed kinem. Już z daleka zobaczyłam wysokiego bruneta.

-Cześć- przywitał się ze mną i mnie przytulił.

-Hej- odpowiedziałam, a czas się zatrzymał, to było cudowne uczucie.

-Pięknie wyglądasz.

-Dziękuję- uśmiechnęłam się.

Miałam na sobie krótką, czarną spódniczkę i bordową koszulkę. On też wyglądał dobrze. Miał dżinsy i niebieską koszulę. Weszliśmy do kina, kupiliśmy bilety, jakieś przekąski i ruszyliśmy do sali zająć miejsca. Usiedliśmy wygodnie i zaczęły się reklamy, które nas nie interesowały, więc ten czas poświęciliśmy na rozmowę. Tak bardzo lubię z nim rozmawiać. Zawsze mnie słucha z zaciekawieniem, a potem dopowiada swoje myśli. Zawsze kiedy rozmawiamy, patrzy mi się głęboko w oczy. Uwielbiam to. Niestety musieliśmy skończyć rozmowę, bo zaczął się film. Już od początku zainteresował mnie i wywołał szeroki uśmiech na twarzy. Ale jest coś, a raczej ktoś, kto wywołuje u mnie jeszcze szerszy uśmiech – on. Spojrzałam się mu prosto w oczy i uśmiechnęłam się jeszcze bardziej. On też się uśmiechnął, spojrzał się w moje oczy, a potem na moje usta, potem znowu na oczy i pocałował mnie. To nie był mój pierwszy pocałunek, ale zdecydowanie najlepszy. Trwał tylko chwilę, ale była to najpiękniejsza chwila w moim życiu. Przez resztę filmu cieszyłam się, ale nie tylko dlatego, że film był naprawdę zabawny, tylko dlatego, że to co się stało, było cudowne. Gdy film się skończył, powoli wyszliśmy z sali. Rozmawialiśmy o tym, jak bardzo nam się spodobał. Dawno nie byłam na tak fajnym filmie. W kinie też dawno nie byłam. Musimy częściej chodzić do kina.

Poszliśmy. Raz, drugi, trzeci… Za każdym razem było tak samo cudownie. Oprócz tego zabierał mnie do innych miejsc. Do pizzeri, do Mc Donalds’a, na spacery… O tak! Spacery! To było coś. Coś pięknego. Było ich mnóstwo, ale najlepiej pamiętam taki jeden… Był to jakiś dzień października. Chyba początek, bo pamiętam, że było jasno, a wyszliśmy na ten spacer wieczorem. 

Przyszedł pod mój dom. Gdy otworzyłam drzwi, ujrzałam Wiktora, który trzymał ogromny bukiet kwiatów. Nigdy jeszcze nie dostałam takiego pięknego bukietu. Były tam pomarańczowe, białe i różowe margerytki i fioletowe goździki. Włożyłam je do dużego wazonu, a potem poszliśmy na ten spacer. Jak już wspomniałam, na początku, było jasno. Szliśmy blisko siebie, trzymając się mocno za ręce. Trzymałam go tak mocno, tak jakbym bała się, że go stracę. Nie chciałam go stracić… Nagle się ściemniło i zapaliły się wszystkie lampy. Zrobiło się tak romantycznie. Zwłaszcza, że tą drogą szliśmy tylko my, a na ulicy obok prawie wcale nie przejeżdżały samochody. Była cisza i spokój. Tylko my dwoje. Niczego więcej nie chciałam. Niczego więcej nie pragnęłam. Chciałam tylko Jego. On mi wystarczał. Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Lubię takie rozmowy. Nie z każdym tak się da. Potrafiliśmy rozmawiać pięć godzin tylko i wyłącznie o soku albo konikach polnych. O wszystkim. Tematów nie było końca, a o każdym mogliśmy mówić w nieskończoność. W pewnym momencie zatrzymał się. Ja również stanęłam, obracając się twarzą w jego stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział spokojnym, ale pewnym siebie głosem:

-Patrycja, kocham Cię- powiedział mi to po raz pierwszy. Już wtedy wiedziałam, że to ważny moment, który zapamiętam na zawsze.

-Ja Ciebie też, ale boję się, że Cię stracę.

-Powiem Ci tyle, że nie czekałaś na marne- powiedział tak, bo wiedział, że dawno nie miałam chłopaka i czekałam tyle na tego wyjątkowego. On był wyjątkowy.

-Naprawdę?

-Tak. Opłacało się- miał rację. Byłam tyle czasu sama, ale opłacało się czekać. Teraz przynajmniej jestem szczęśliwa. Kiedy to powiedział, łzy spłynęły po moich policzkach. Oczywiście łzy szczęścia, bo w końcu mam pewność, że mnie kocha. Wzruszyłam się. 

Przytulił mnie mocno i nie puszczał. Tego mi było trzeba. Uwielbiam się przytulać, a do niego jeszcze bardziej. Potem gdy w końcu mnie już puścił, dalej szliśmy i rozmawialiśmy. Mogliśmy tak bez końca, ale kiedyś trzeba było wrócić do domu. Odprowadził mnie, a potem pojechał do siebie. Weszłam do domu i poszłam do łazienki się wykąpać. Kiedy wyszłam z wanny, zobaczyłam, że mam nieodebrane połączenie. Oczywiście od Wiktora. Zawsze dzwonił wieczorem i w nocy przed pójściem spać. To urocze. Nie spodziewałam się, że dzisiaj też zadzwoni, bo przecież przed chwilą się widzieliśmy. Oddzwoniłam do niego. Dziękował za spacer i spędzone wspólnie miłe chwile. Było już późno, więc poszliśmy spać.

Obudził mnie dzwonek, ale nie dzwonek od drzwi. Ktoś dzwonił do mnie przez telefon. No tak, a któż by inny. To Wiktor. Zawsze dzwoni do mnie rano na dzień dobry. Wtedy rzeczywiście jest dobry. Kiedy nie możemy się spotkać, to rozmawiamy także po południu, po kilka godzin. Tym razem na szczęście mogliśmy się spotkać. Przyszedł do mnie do domu. Często do mnie przychodził. Średnio dwa razy w tygodniu. Za każdym razem jak jesteśmy u mnie, jest bardzo fajnie. Jest bitwa na poduszki, łaskotki, długie rozmowy. Leżymy razem, przytuleni do siebie. Zawsze wtedy słucham bicia jego serduszka. Lubię słuchać tego bardziej niż muzyki. Wtedy czuję się bezpieczna. 

Nastąpił taki dzień, gdy Wiktor przestał się odzywać. Nie odpisywał na moje wiadomości, nie odbierał… Na początku zaczęłam się martwić, myślałam, że coś mu się stało, ale żył. Wyświetlał moje wiadomości, tylko po prostu chyba nie chciał ze mną pisać. Tak minęło kilka dni. Czekałam aż się odezwie, chciałam, żeby wszystko mi wyjaśnił, dlaczego się nie odzywa, co się stało.

W końcu po ponad tygodniu Wiktor napisał do mnie wiadomość, że chce się spotkać. Chciałam w domu, ale powiedział, że chce na zewnątrz, w jakimś parku. Zgodziłam się, ale w środku czułam niepokój. Gdy go zobaczyłam, chciałam dać mu buziaka na przywitanie, ale się odsunął i tylko mnie przytulił. Był taki chłodny, jak nigdy wcześniej. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Spojrzał mi w oczy i powiedział, że nie możemy być razem. Łzy napłynęły mi do oczu. Nie mogłam tego zrozumieć. Chciałam wiedzieć dlaczego. Przecież nie zrobiłam nic złego. Powiedział, że już się mu nie podobam, że już nic do mnie nie czuje i odszedł. Park był pusty, nie było nikogo innego. Ale nie tylko w nim było pusto. W moim sercu też. Kochałam go. Było mi bardzo ciężko z tym, co się właśnie wydarzyło. Poczułam się zmarnowana. Miałam tyle emocji w sobie, że nie miałam siły zatrzymać go i spytać dlaczego to zrobił. Może to i dobrze… może lepiej, żebym nie wiedziała. Straciłam ważną dla mnie osobę, ale wiem, że muszę żyć dalej i jakoś to przeboleć.

Minęło tyle lat. Dalej za najpiękniejszą chwilę w życiu uważam mój pocałunek z Wiktorem. Każda chwila z nim była czymś pięknym. Może nie był moim pierwszym chłopakiem i też nie ostatnim, ale wiem, że nie żałuję. Mimo, że mnie zranił, mimo że to koniec, podjęłam ryzyko, którego nie podjęła się żadna inna dziewczyna. Dzięki niemu doświadczyłam wielu wspaniałych rzeczy i mam piękne wspomnienia. Teraz patrząc wstecz, czuję tą satysfakcję z tego, że podjęłam się tego ryzyka. Niczego nie żałuję.

——————————————————————————————————————–

Paulina Węsierska

Różne oblicza miłości

Zamierzchłe czasy. Gród między jeziorami Kłodno i Białe.

Sławina stała nad brzegiem jeziora. Lubiła tu przychodzić wczesnym rankiem, kiedy jeszcze cały gród pogrążony był w porannej mgle. Co prawda służba zaczynała już poranny obrządek przy zwierzętach, a mleczarka Miracha wracała z obory z kaną pełną mleka. Ojciec jednak jeszcze spał, więc Sławina cieszyła się, że może chociaż na chwilę wymknąć się z kasztelanii i nacieszyć oczy widokiem wschodzącego słońca wyłaniającego się za niewielkiego wzgórza. 

Ojciec nie lubił, kiedy wychodziła sama z osady. Często powtarzał, że nie wypada, aby córka Kasztelana włóczyła się sama po osadzie i bose stopy moczyła w Białym. Po części w jakiś sposób go rozumiała, gdyż bał się, że może stracić kolejną córkę. Przestał też uczęszczać na niedzielne msze do kościoła. Zwłaszcza po tym, kiedy zauważył, gdy z grobu Cyrany wyrósł dorodny pęd chmielu, który wystrzelił wysoko w górę ponad bramę świątyni i połączył się z drugim pędem po przeciwnej stronie kościoła, To niebywałe pnącze prowadziło wprost do grobu Jaromira – rybaka, którego Cyrana kochała ponad życie.

Ludzie we wsi gadali dużo na ten temat, o nieszczęśliwej miłości jej siostry do Jaromira, o dramacie, jaki ich spotkał za przyczyną ojca. Sławina nie pamiętała jej zbyt dobrze. Miała zaledwie 4 lata, kiedy jej siostra na dobre odeszła z tego świata. Matka, nie mogąc pogodzić się z utratą ukochanej córki, pogrążyła się w głębokiej rozpaczy, że wkrótce i ona dokończyła żywota na tej ziemi. Została tylko ona i surowy ojciec, który pilnował jej na każdym kroku, dlatego tym bardziej korzystała z chwili, kiedy mogła cieszyć się widokiem przepięknych, zielonych wzgórz pomiędzy jeziorami. Woda w Białym była tak przezroczysta, że ryby można było dostrzec przez toń lazurowych fal. Ptaki nuciły swoje trele, a ona czuła się wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie, czuła wolność, powiew wiatru muskał jej rumiane, delikatne policzki. Rozkoszowała się każdą sekundą zatracenia w głębiach myśli i marzeń. Teraz jednak pora wracać, bo ojciec zacznie się niepokoić i znowu ją skarci.. Tym razem postanowiła pójść okrężną drogą, chciała bowiem podziwiać piękno okolicy, którym nigdy nie mogła się nasycić. Przy drugim jeziorze Kłodnie rosły nagietki. Zaczęła zbierać je do kosza, który ze sobą przyniosła. Kiedy wróci do domu, zrobi z nich maść dla żony podkomorzego, gdyż od jakiegoś czasu nie domagała z powodu niegojącej się rany na nodze. Miała już całkiem sporo tych kwiatów, aż tu nagle usłyszała trzask łamanej gałęzi drzewa. Wystraszona odwróciła się i spojrzała wprost w błękitne oczy młodzieńca. Oniemiała na moment, zaskoczona całą tą sytuacją, nie mogła się ruszyć. Ów młodzieniec uśmiechnął się i pozdrowił Sławinę:

– Witaj panienko! Jestem Michał. Przybyłem tu z ziemi pierszczewskiej. Słyszałem, że w tej okolicy jest dobra glina.

– Jest i to całkiem sporo – po dłuższej chwili odparła Sławina i zapytała – A po co Ci ta glina?

– Mój ojciec zajmuje się wyrobem glinianych garnków i mis, a ja po nim przejąłem to zamiłowanie. Słyszałem, że tutaj jest jej dużo.

-Nawet można powiedzieć, że bardzo dużo. Myślę, że będziesz mógł skorzystać z naszych zasobów. Jestem Sławina, córka kasztelana Troyana. Ojciec na pewno nie wyrazi sprzeciwu- już z większą stanowczością odpowiedziała dziewczyna.

Michał uśmiechnął się delikatnie. Był tak zachwycony jej urodą, że nawet nie spostrzegł, kiedy się pożegnała i zniknęła za przesmykiem między dwoma jeziorami. Stał oczarowany. Postanowił, że odnajdzie tę pannę i poprosi o rękę jej ojca. Po chwili jednak posmutniał, gdyż był synem garncarza, a ona córką Kasztelana.

Na Sławinie Michał zrobił także duże wrażenie. Przez kolejne dni nie mogła przestać o nim myśleć. Pewnego sierpniowego poranka wybrała się o świcie nad jezioro. Bardzo się zdziwiła, a jednocześnie ucieszyła, kiedy go ponownie ujrzała. Zrozumiała, że i on tu na nią czekał. Od tej chwili często się ze sobą spotykali, dużo rozmawiali, a czas szybko mijał im we wzajemnym towarzystwie. 

Kasztelan Troyan był człowiekiem surowym, ale też sprawiedliwym. Jak każdy ojciec, zdawał sobie sprawę, że jego córka zakochała się. Niestety jej wybór nie przypadł mu do gustu. Marzył o postawnym zięciu z pozycją i z pokaźnym mieszkiem. Bił się z myślami.

– Dlaczego rzemieślnik i to w dodatku garncarz? – zadawał sobie to pytanie. Myśl ta nie dawała mu spokoju. Wiedział też, że musi coś uczynić, żeby nie stracić i jej. Musiał spokornieć, bał się, że zostanie sam. Wysłał więc umyślnego do ziemi pierszczewskiej, aby odnalazł Michała i sprowadził go do grodu. Wezwał też swoją córkę na rozmowę i rzekł:

– Sławino, córko moja ukochana! W naszej kuchni pojawiły się przepiękne gliniane talerze i kubki. Wiem, że dostałaś je od garncarza Necla, który nie jest tobie obojętny. Wiem też, że często się z nim widujesz nad jeziorem. 

Sławina przestraszyła się odkryciem ojca, cała dygotała ze strachu, spuściła oczy ze wstydem. Bała się słów, które za chwilę usłyszy, więc milczała, a serce kołatało jej w piersi jakby miało za chwilę wyskoczyć. Ojciec z powagą mówił dalej: 

– Postanowiłem, że nie stanę wam na drodze ku szczęściu i dałem na zapowiedzi. Oboje jesteśmy zgodni z Michałem, że ślub i wesele odbędą się na jesieni. 

Sławina nie mogła uwierzyć w słowa, które przed chwilą usłyszała. Myślała, że to sen, z którego za nic nie chciałaby się obudzić. Z jej oczu popłynęły łzy przypominające małe koraliki szczęścia, które potoczyły się po jej policzkach. Rzuciła się ojcu na szyję, uściskała z całych sił i nie przestawała dziękować. Radość przepełniała jej ciało jak i udręczoną duszę.

Od tej pory szczęście zagościło w domostwie Kasztelana. Patrząc wstecz, zrozumiał, że nawet własne przekonania, upór nie mogą niweczyć szczęścia innym, a tym bardziej osobom bliskim, których się kocha.

Chmielno początek XXI wieku

Sławina siedziała na pomoście. Miała ochotę zamoczyć stopy w chłodnej wodzie jeziora Białego. Jak co roku wracała w swoje rodzinne strony. Tutaj czuła się wspaniale. Był wczesny sierpniowy ranek. Turyści jeszcze spali, więc o tej porze nad jeziorem nikogo nie było. No może z wyjątkiem kilku panów, którzy oddawali się swojemu hobby i liczyli na wspaniałe zdobycze, łowiąc ryby. Dziewczyna cieszyła się widokiem okolicznych lasów otaczających jezioro. Napawała się tą chwilą ciszy i spokoju. Niebawem wróci do domu i opowie o swoich planach rodzicom. Mama pewnie czeka już ze śniadaniem, a ojciec z kubkiem kawy siedzi na tarasie i czyta „Dziennik Bałtycki”. ,,Jak zawsze przegląd prasy musi być”. Pomyślała i uśmiechnęła się pod nosem. Ciekawe jak zareagują, kiedy przekażę im najnowszą nowinę. Oto ceniona pani prawnik rzuca wygodne życie w mieście na rzecz maleńkiej wioski na Kaszubach. Wraca do domu, aby zająć się agroturystyką w Chmielnie.

I tak mijają lata, zmieniają się pory roku, następują kolejne pokolenia, a Sławina? Ta współczesna Sławina, gdyby tylko wiedziała, jak przed kilkoma wiekami nad tym samym jeziorem jej daleka krewna spotkała zwykłego garncarza i gdyby ojciec owej krewnej nie sprzeciwił się zasadom i panującemu prawu, które wcześniej wyznawał, to nie byłoby jej teraz na świecie. Gdyby tylko wiedziała, że tracąc jedną córkę, uratował przed nieszczęściem drugą. Gdyby tylko wiedziała, że ojciec ten, patrząc wstecz na swoje życie, znalazł w nim pociechę, a może nawet w przyszłości odnalazł głęboką satysfakcję, spoglądając na własne wnuki. Tego wszystkiego nie wiedziała, ale w głębi serca czuła, że z tym miejscem jest związana. Czuła, że tu chce wychować swoje dzieci. Więc już teraz z niecierpliwością czekała na Michała, który za kilka dni ma do niej dołączyć wraz z dziećmi. Wtedy rodzina będzie w komplecie, a życie potoczy się dalej. 

——————————————————————————————————————–

Lena Jaroszewska

Mimo wszystko sukces…

– Zapraszam następną osobę – powiedział wysoki mężczyzna ubrany na czarno. 

Maria szybko wstała i podeszła do drzwi sali, w której odbywał się casting. Po chwili wyszła z niej jej córka.

– I co? – zapytała zaciekawiona matka.

– Nawet nie pytaj…

– Czyli się nie dostałaś? 

Dziewczyna spojrzała na matkę ze łzami w oczach. Kobieta od razu przytuliła córkę. Laurze mimo wszystko zależało na tej roli. Tak się starała. Kiedy dowiedziała się, że film będzie kręcony w Chmielnie, miejscu, w którym mieszka od urodzenia, marzyła o roli w nim.

– To moja wina – Maria przez całą drogę do domu powtarzała to sobie w myślach. Przecież córka wahała się, czy iść na ten casting, bo bała się, że w szkole będą się śmiać z jej porażki, a ja namawiałam ją, nalegałam, by spróbowała. Co jeśli rówieśnicy będą jej bardzo dokuczać i Laura mi nie wybaczy?

Laura natomiast obwiniała tylko siebie. Obawiała się, co będzie w szkole, gdy wszyscy się dowiedzą, że nie zagra w drugim sezonie kultowego serialu. Wyśmieją ją? Nie będą chcieli się z nią już zadawać? A może w ogóle się tym nie przejmą i wręcz przeciwnie, będą starali się ją pocieszyć? Dziewczyna nie wiedziała, czego ma się spodziewać, ale gdzieś w sercu tliła nadzieję.

Następnego dnia Laura po powrocie ze szkoły weszła do domu jak burza i nawet nie spojrzała w stronę rodziców. Maria poszła za nią i zastała ją płaczącą w pokoju.

– Co się stało? – delikatnie zapytała córkę.

– Nie mogę już wytrzymać w tej głupiej szkole, nie chcę tam jutro iść! – krzyknęła i zaczęła płakać jeszcze bardziej.

– Rozumiem, ale co konkretnie się stało?

– Ciągle ktoś wypomina mi, że nie dostałam tej okropnej roli! Niektórzy obgadują za plecami, a inni wprost rzucają teksty typu: „Patrzcie, gwiazda idzie” albo „O, to ta, która nawet na statystkę w serialu się nie nadaje”. Mówią takie teksty, a nawet nie wiedzą, jak duża była konkurencja i że bycie aktorem wcale nie jest łatwe. Czuję złość i jest mi zwyczajnie przykro…

– Słuchaj córciu, nie przejmuj się koleżankami i kolegami, przecież sama wiesz, że tylko łatwo im się mówi, a sami nie mieliby odwagi pójść na taki casting.

– No wiem, ale jednak te słowa bardzo bolą. Żałuję, że spróbowałam. Zachciało mi się w aktorkę bawić…naprawdę…źle mi było?! 

– Lauro, uspokój się. Oboje z tatą jesteśmy z ciebie dumni – Maria przytuliła córkę. – Chciałabym ci opowiedzieć pewną historię. Byłoby mi miło, gdybyś mnie wysłuchała, a może nawet wyciągnęła z tego jakieś wnioski.

Dziewczyna tylko pokiwała głową, więc matka usiadła bliżej niej i zaczęła mówić.

„– Gdy byłam w twoim wieku, bardzo lubiłam śpiewać. Wydaje mi się, że robiłam to całkiem nieźle. Niestety w mojej szkole koledzy mnie nie lubili i ciągle byłam obiektem żartów, a nawet przemocy fizycznej…Miałam może jedną lub dwie przyjaciółki. Inni się ze mnie śmiali. Wszystko, co robiłam, było złe. Dostałam piątkę ze sprawdzianu – nazywali mnie kujonką, dostałam jedynkę – mówili, że jestem głupia. Tak samo było z wyglądem. Kiedy nosiłam związane włosy i luźne ubrania, słyszałam drwiące pytania: „Teraz Marysia bawi się w chłopaka?”. Natomiast, gdy rozpuszczałam włosy i ubierałam spódniczkę, to szydzili, że jestem strojnisią, która i tak nikomu się nie spodoba. Płakałam codziennie – najpierw w szkolnej toalecie, a później cały wieczór w domu. Przez to nie mogłam się skupić na nauce, bo ciągle myślałam nad tym, co mam zrobić, by oni wszyscy dali mi spokój i bym mogła cieszyć się życiem, jak zwyczajna nastolatka. Zmiana szkoły też nie wchodziła w grę. W mojej wsi była tylko jedna podstawówka, a najbliższe większe miasto było za daleko, bym mogła tam dojeżdżać. Nie miałam wyjścia, musiałam wytrzymać w tamtym miejscu aż do liceum.

Pewnego dnia do naszej szkoły przyjechał mężczyzna, określający się mianem „łowcy talentów”. Przez parę dni w jednej z sal odbywały się przesłuchania, podczas których uczniowie mogli zaprezentować swoje umiejętności. Kandydatów było wielu, ale tylko jedna osoba miała otrzymać „szansę na sukces w wielkim świecie”. Oczywiście nawet nie pomyślałam, by tam pójść. Jednak ostatniego dnia pan Aleksander, bo tak miał na imię, stwierdził, że przejdzie się po klasach i będzie próbował zachęcić osoby niemające dotąd śmiałości, aby zaprezentowały mu swoje talenty. 

– Ooo, to może dziewczynka w niebieskiej bluzeczce? No spróbuj, być może masz niezwykły talent! – zwrócił się do mnie zachęcająco.

Gdy usłyszałam te słowa, miałam ochotę wybiec z klasy. Nie zrobiłam tego jednak. Po prostu grzecznie odmówiłam, ale on nalegał. Nauczycielka też mnie zachęcała, a klasa w ramach szyderczego żartu zaczęła klaskać i skandować moje imię, bym wyszła na środek sali i coś zaśpiewała. Po chwili namysłu zgodziłam się i zaśpiewałam zupełnie zwyczajnie i najciszej jak mogłam moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa. Pan Aleksander i nauczycielka byli szczerze zachwyceni, natomiast klasa tylko udawała, że im się podobało. Na początku dałam się zwieść i pomyślałam, że może teraz mnie w końcu polubią, ale niestety się myliłam i oczywiście były to tylko pozory. Po tej pamiętnej lekcji „elita” klasowa zaczęła dokuczać mi jeszcze bardziej, a nawet zastraszać. Mówili mi, że nie podobało im się to, jak zaśpiewałam, bo przeze mnie jedna z tych popularnych i lubianych dziewczyn ma mniejsze szanse na to, że łowca talentów wybierze właśnie ją. Inni uczniowie ze szkoły zaczęli mnie wyzywać od „gwiazd” i „piosenkareczek”. Ciągle ktoś dawał mi do zrozumienia, że i tak nic nie osiągnę, więc nawet nie mam, co próbować. 

Pod koniec tygodnia, czyli ostatniego dnia wizyty pana Aleksandra w naszej szkole, mężczyzna wziął mnie „na stronę”, pogratulował tak czystego i dźwięcznego głosu, a potem oświadczył, iż to właśnie ze mnie chciałby zrobić – jak to ujął – „najlepszą młodzieżową gwiazdę estrady”. Nie da się opisać słowami tego, co wtedy poczułam, jak bardzo byłam szczęśliwa w tamtym momencie… Jednak niechętnie odpowiedziałam mu, że muszę to jeszcze przemyśleć, uzgodnić z rodzicami. Ani w domu, ani w szkole nikomu o tym nawet nie wspomniałam. Odkąd pamiętam, marzyłam, aby zaśpiewać na scenie podczas festiwalu czy koncertu, aby otworzyła się przede mną kariera piosenkarki, ale obawiałam się jeszcze większej niechęci i zawiści ze strony rówieśników. Nie miałam w nikim wsparcia, a wiedziałam, że nie poradziłabym sobie wtedy z „hejtem”, choć dawniej nie używano tego słowa. Zresztą, nie pomyliłam się. Następnego dnia ktoś podrzucił mi do plecaka list, w którym było wiele nieprzyjemnych słów a nawet pogróżki. Okazało się, że nie tylko ja chciałam „wyrwać się” z naszej niewielkiej wsi bez perspektyw i nadziei…Nie przyjęłam propozycji pana Aleksandra. Przestraszyłam się. Byłam przekonana, że jeśli się zgodzę, moi rówieśnicy zrobią mi krzywdę. 

Dzisiaj żałuję tej decyzji, bo wiem, kim jest teraz dziewczyna, którą „łowca talentów” wybrał na moje miejsce. Nie, nie była to ta popularna, którą wszyscy chcieli zobaczyć w roli gwiazdy, to była zwykła dziewczynka z młodszej klasy. Teraz robi karierę za granicą jako znana aktorka i piosenkarka. Osiągnęła sukces, ma pozycję i uznanie. Uwielbia pracę, którą wykonuje. Zrealizowała swoje marzenia. To mogłam być ja, ale nie jestem. Nie jestem przez własną głupotę i strach. Zabrakło mi odwagi. Dałam się zastraszyć. W ten sposób zrezygnowałam z marzeń…

Córeczko, powiem ci tak: ciesz się, że chociaż podjęłaś się próby, bo lepiej wiedzieć, że się nie udało, niż nigdy nie dowiedzieć się, co by było, gdybyś jednak spróbowała…Wiesz, Lauro, jakiś czas temu czytałam powieść pt. „Malarz świata ułudy” brytyjskiego noblisty Kazuo Ishiguro. Zapamiętałam z niej pewne zdanie, ponieważ wiedziałam, że nadejdzie czas, kiedy opowiem ci moją historię : „Jeśli komuś się nie powiodło tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek, patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję”. Może dzisiaj tego żałujesz, jest ci przykro, że rówieśnicy drwią z ciebie, ale kiedy za kilkanaście lat wspomnisz to wydarzenie, będziesz z siebie dumna, że przynajmniej spróbowałaś…”.

– Wow…mamo… Nie spodziewałam się, że coś takiego ci się przytrafiło – zawołała zdumiona Laura.

– Nie dziwię się, że jesteś zaskoczona. Niewiele osób o tym wie.

– A tata?

– Tata wie, ale powiedziałam mu o tym dopiero parę lat temu. Mój brak odwagi i fakt, że byłam dręczona w szkole nie są tematem, do którego lubię wracać.

– No tak, ale naprawdę wielka szkoda, że wtedy odmówiłaś temu całemu „łowcy talentów”. Może teraz odniosłabyś sukces, byłabyś znaną piosenkarką, a twój śpiew sprawiałby radość innym – dziewczyna zaśmiała się i przytuliła do mamy.

– Kochanie, wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Pewnie nie poznałabym twojego taty, nie zamieszkałabym z nim w naszym pięknym Chmielnie, a ty byś się nie urodziła. Nadal jesteś taka pewna, że podjęłam złą decyzję?

– Masz rację mamo, przecież to ja jestem twoim największym szczęściem i sukcesem – spojrzała Marii w oczy i jeszcze mocniej się w nią wtuliła.

– To akurat prawda – roześmiała się kobieta.

——————————————————————————————————————–

Róża Robakowska

Atelier

Na oknach warsztatu plastycznego tak zwanego „Atelier” pojawił się pierwszy zimowy szron. Plastykowi, który obecnie przebywał w pomieszczeniu, widok ten zainspirował do stworzenia nowego obrazu. Wyciągnął, więc pośpiesznie z szafki zwykły czarny szkicownik i ołówek ze swojej ulubionej firmy. Zasiadł wygodnie do biurka kreślarskiego. Przyłożył rysik do papieru i powolnym ruchem dłoni jak najdokładniej starał się przekładać pomysł na szorstki papier. Efekt każdej z niesatysfakcjonujących prób kończył w rogu pokoju, jako tak zwany przez artystę „sprzeciw uproszczeniom myślowym”.

Plastyk po wielu próbach postanowił odpocząć, ale nie znaczyło to jednak, że porzucił on swój projekt. Po prostu chciał go lepiej przemyśleć, posprzątać stos irytujących go kartek zalegających w nieładzie w rogu pomieszczenia, a co najważniejsze ograniczyć ubywanie bardzo użytecznego w jego fachu papieru. Od zawsze wszystkie tego typu problemy rozwiązywała tabliczka czekolady. Motywowała go do pracy i pomagała intensywniejszym działaniom jego mózgu. Odłożył ołówek, po czym udał się do spiżarni. Większość tego co przyniósł, schował pod podwójnym denkiem szuflady. Usiadł wygodnie przy biurku kreślarskim. Wiedząc, że nikogo nie ma, nerwowo odgryzł pokaźny kawałek smakołyku. Po czym spojrzał w zimne wzory o kształcie ornamentów. Widok ten skłonił umysł jego do refleksji o przemijaniu i wspominaniu przeszłości.

Po chwili jego chaotyczne wyrywki myśli ułożyły się w spójne pod względem chronologii obrazy. Pierwszy z nich przedstawiał ucznia najprawdopodobniej czwartoklasistę, który udając, że już śpi, ukrywał się wraz z zeszytem w pięciolinie, długopisem i latarką pod kołdrą. Od czasu do czasu coś nucił.

Plastyk poprawił okulary na nosie, zagryzając ze smakiem kolejny kęs czekolady.

Potem ukazały mu się sceny przedstawiające tamtego chłopca w późniejszym etapie jego życia. Młodzieniec ubrany był w dobrany garnitur, kończył właśnie koncert, kłaniał się przed publicznością, uśmiechał się i machał. Za to dostawał od nich tulipany, róże, słoneczniki, oraz inne gatunki kwiatów staranie związanych ze sobą wstążkami. Chwile potem profesorowie podawali mu ręce, gratulowali zwycięstwa i życzyli jak najlepiej. Inni zapraszali go na koncerty, otwarcia gal i inne takie bzdety, w skrócie mówiąc, był doceniany, za to co robił.

– To były piękne czasy… – powiedział swoim charakterystycznym ochrypniętym głosem sam do siebie Plastyk.

Tuż po tym ujrzał moment, kiedy cała przyszłość tego chłopca zmieniła kierunek drogi. Miało to miejsce w grudniu na drugim roku jego liceum. Odbywał się wówczas finał konkursu międzynarodowego, do którego chłopak przygotowywał się o wiele ciężej niż do pozostałych konkursów. Jego dzienny grafik prezentował się w następujący sposób. Nuty czytał cztery zamiast dwóch razy dziennie, śpiewał pięć pieśni i co najmniej godzinę poświęcał na powtarzanie gam.

Z rezultatem takich ćwiczeń pojawił się na parkiecie filharmonii. Wzrokiem starał się błądzić jak najniżej, aby publiczność nie dostrzegła w nim stresu i zmęczenia, pokasłując w międzyczasie. Pierwsze nuty skrzypcowego requiem’u zdawały się go wypłoszyć, ale mimo to młodzik otworzył usta do śpiewu we właściwym momencie. Dalej jednak było słychać tylko skrzypka, z gardła młodzieńca nie wydobyła się żadna melodia. Chłopak próbował nadgonić wers, ale jego głos przybrał wtedy odgłos starych nienaoliwionych drzwi poruszanych przez chorego na zapalenie płuc dziadka. Przerażony tym, co wyprawia w pewnym momencie umilkł. Mokrym wzrokiem przejrzał przez publiczność. Nie wiedział, co zrobić, miał wrażenie jakby z jego głowy wszystkie myśli mu wyparowały. Serce poruszało się w nienaturalny sposób, a twarz przybrała barwę dojrzałego pomidora. Odruchowo zakrył ją mokrymi od potu dłońmi. Uciekł za scenę, wbiegł do garderoby, zaszył się w najgłębszym jej koncie. Tak, aby nikt go nie znalazł. Chciał, aby każda dłużąca się mu chwila dobiegła końca, z całej siły pragnął zasnąć, aby móc odpocząć i następnym razem zmyć z siebie tę hańbę.

Następnego dnia twardo poinformowano go, że kolejnego razu na scenie nie będzie. Nie ogłosił mu tego jednak żaden profesor, dyrektor filharmonii czy członek jury. „Niestety drogi chłopcze, już nigdy twoje struny głosowe nie powrócą do poprzedniej wprawy. Zbyt je nadwyrężyłeś. Teraz powinieneś oszczędzać głos, bo inaczej całkowicie go stracisz”. Tak powiedział mu lekarz.

Swój pierwotny pomysł plastyk spisał na karteczce i wrzucił do osobnej szuflady na szkicowniki. Wziął do ręki ponownie ołówek i zaczął na czystej kartce kreślić postać pięknej gejszy. Dziewczyna na twarzy miała smętny, pełen bólu uśmiech, a od jej małego palca odchodziła czerwona nić, która w pewnym miejscu była przerwana. Gdy skończył szkicować, dokładnie przyjrzał się rysunkowi pod każdym kontem. Na jego twarzy zagościł triumfalny uśmiech. Był bardzo dumny z tej pracy. Cieszył się, że nadal jest w stanie tworzyć to ,co piękne. 

–  „Jeśli komuś się nie powiodło tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek, patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję” – wyszeptał cicho sam do siebie Plastyk cytat, który najbardziej pasował mu do jego obecnej sytuacji .


Zuzanna Tusk

Walka z depresją 

Pola miała 11 lat, kiedy tata pozwolił jej po raz pierwszy wyjść samej z domu. To był poniedziałek, godzina dwunasta. Miała w planach przejść na drugi koniec Chmielna, aby zawitać w domu babci, która mieszkała przy ulicy Spacerowej. Wieś była pusta, dorośli pracowali, natomiast w szkole dziewczynki trwał strajk nauczycieli, więc ona sama nie uczęszczała na lekcje.

Niestety, okazało się, że ktoś śledził dziewczynkę. Pola była bardzo ładna. Jej blada twarz, rumiane policzki i śnieżnobiałe włosy przyciągały wzrok. Ponadto przechodziła okres dojrzewania, jej ciało zaczęło nabierać kształtów.

Jedenastolatka miała wadę wzroku, ale nie lubiła nosić okularów. Zawsze chodziła bez nich. Prawdopodobnie właśnie dlatego nie dostrzegła mężczyzny, który chciał wykorzystać urokliwą dziewczynkę. Nie była w stanie uchronić się przed jego złym dotykiem.

Do trzynastego roku życia Pola walczyła z lękiem i niską samooceną. Incydent sprzed dwóch lat bardzo na nią wpłynął. Życie stało się dla niej wrogiem, tak samo jej ciało. To właśnie wtedy zaczęła się głodzić.

Matka nastolatki wierzyła, że to jej mąż przyczynił się do tego koszmaru. Zrozpaczona żona złożyła pozew o rozwód. Razem z Polą wyprowadziły się ze wsi. Dziewczyna obwiniała się o rozpad związku rodziców. Chciała się ukarać. Przez kilka miesięcy nie potrafiła zatrzymać swojej autoagresji. Chciała coś zmienić. Miała na to okrutny pomysł. Podjęła się go w swoje czternaste urodziny.

Jej próba się nie udała. Matka Poli przerażona jej stanem, podjęła decyzję leczenia córki psychiatrycznie. Stan nastolatki nie ulegał poprawie, więc lekarz postanowił wybrać ostateczną opcję. Dziewczyna została skierowana na dziecięcy oddział zamknięty.

Profesjonalna terapia wyszła Poli na dobre. Przyjmowała chemiczne środki poprawy nastroju oraz medyczne suplementy diety. Czuła się dumna, że podjęła walkę o swoje życie. Odzyskała pewność siebie i zaufanie do ludzi. Wreszcie czuła się wolna.

Po otrzymaniu wypisu przez lekarza powróciła do szkoły, gdzie poprawiła oceny i zdała gimnazjum. Miała już piętnaście lat, wybrała liceum o kierunku matematyczno-fizycznym. Tam poznała Bartka.

Chłopak spełniał jej oczekiwania. Jego szczupła sylwetka, wysoki wzrost i przydługie włosy podbiły serce Poli. On również nie był wobec niej obojętny. Po miesiącu znajomości zostali parą.

Bartek grał na gitarze. Pola była oczarowana jego czystym głosem, piosenkami opowiadającymi o jej szklanych oczach i złotym sercu. Nastolatka nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.

W drugiej klasie związek nastolatków uległ zmianie. Bartek zmienił otoczenie, zaczął zażywać substancje psychoaktywne, do czego również zmusił swoją dziewczynę.

Nastolatka popadła w nałóg. Bartek używał wobec Poli agresji fizycznej i psychicznej będąc pod wpływem substancji psychoaktywnych. Dziewczyna jednak nie potrafiła go opuścić. Jej lęki i koszmary przeszłości wróciły. Do akcji na szczęście wkroczyła matka Poli. Nie znajdując innej drogi wyjścia, postanowiła powrócić do domu byłego męża w Chmielnie. Było to zbyt daleko, by młodzi utrzymali kontakt. Byli zmuszeni się rozstać.

Ojciec Poli za wszelką cenę chciał odpłacić jej stracone lata. Bardzo zależało mu na córce. Jej mama stanowczo temu zaprzeczała.

– Nie możesz mu ufać. To przez niego cierpisz – powtarzała Poli jak mantrę. Dziewczyna nie chciała, aby to było prawdą.

Pola miała dość. Zbyt wiele bólu doznała. Tym razem wyciągnęła wnioski ze swojego pobytu na oddziale dziecięcym i sama poprosiła o pomoc psychiatryczną lekarza specjalisty. Diagnoza była jasna.

– Konieczna hospitalizacja.

Tym razem stanęła przed drzwiami oddziału młodzieżowego. Ludzie byli inni niż ci poznani kilka lat temu. Zdawało jej się, że bardziej ją tu rozumiano. Pomagali jej każdego dnia walczyć z autoagresją. Pomimo paru gorszych momentów, jej terapia skutkowała. Najtrudniejszym zadaniem personelu było dobranie jej leków. Zawyżona tolerancja organizmu sprawiała, że mało z nich pomagało dziewczynie. Nikt nie podejrzewał, że będzie to miało fatalne skutki.

To był okres wigilijny, kiedy Pola przedwcześnie wróciła na oddział z trzydniowej przepustki. Święta to nie był przyjemny czas w jej rodzinie. Nastolatka okaleczyła się w noc wigilijną. Jej zrozpaczona matka odwiozła ją do szpitala. Przez brak działania środków doraźnych na organizm Poli, personel był zmuszony zabezpieczyć pacjentkę.

Stan nastolatki polepszał się z tygodnia na tydzień od czasu przykrego incydentu. Mogła liczyć na wsparcie swoich przyjaciół z oddziału. Często również korzystała z ogólnodostępnego aparatu telefonicznego odbierającego połączenia dla pacjentów, aby w sekrecie przed matką porozmawiać z ojcem.

Poli wydawało się, że jej życie ponownie zaczęło nabierać barw.

Po raz kolejny zaliczyła wszystkie kroki ścieżki terapeutycznej i była gotowa wrócić do domu. W dniu wypisu została ciepło pożegnana i otoczona troską oraz miłością, na jaką zasłużyła.

W domu powitała matkę i utuliła ojca. Po kilku dniach zauważyła, że jej rodzicielka zachowuje się inaczej. Była skryta, cicha i przygaszona. Pewnego dnia po obiedzie ojciec Poli złapał ją za ramię i szepnął jej do ucha:

– Z mamą dzieje się coś niedobrego, lecz nie ma odwagi powiedzieć czegokolwiek. Nie daje sobie pomóc…

I to właśnie wtedy Pola znów popadła w panikę.

Matka Poli nie odważyła się podjąć walki. Z powodzeniem targnęła się na swoje życie. Delikatne wnętrze nastolatki zostało poruszone tą sytuacją. Odważyła się ponowić swoją długoletnią walkę.

Pola została przyjęta na oddział.

Pewnego dnia odebrała telefon.

– Halo, kogo podać?
– Poproszę Polę – odpowiedział głos w słuchawce, który Pola od razu rozpoznała. 

– Tato, to ja. Posłuchaj…

– Możesz być z siebie dumna, kochanie. Usłyszałem kiedyś pewien cytat, który również powinnaś poznać. Jeśli nie powiodło się komuś tam, gdzie innym brakło odwagi czy po prostu woli, by podjąć jakąkolwiek próbę, to taki człowiek, patrząc wstecz na swoje życie, znajduje w nim pociechę, a może nawet głęboką satysfakcję. To nieważne, że Twoja choroba znów Ciebie zaatakowała. Ważne jest to, że podjęłaś walkę. Dałaś życiu kolejną szansę. Jesteś odważna.

Poli zabrakło słów. Z jej oczu spłynęła słona łza, a jej serce się oczyściło. W stu procentach skorzystała z oferty terapeutycznej oddziału. Po dwóch miesiącach pacjentka została wypisana do domu z polecenia lekarza prowadzącego.

Dzisiaj Pola ma dwadzieścia jeden lat. Rozpoczęła karierę informatyczną i ma w planach założyć korporację. Utrzymuje stały kontakt z ojcem.

Trzeba być świadomym, że depresja i problemy psychiczne są bardzo poważnym problemem współczesnej młodzieży. Musimy podejmować walkę, aby ratować życie swoje i innych. Nie bądźmy obojętni. Pomagajmy tak, jak Pola pomogła sobie. Co najważniejsze, nie bójmy się prosić o pomoc. Nic nie jest naszą winą. Ocalmy nasze życie.

——————————————————————————————————————–

Kinga Pobłocka

Sukcesy i smutek

Hania, jako mała dziewczynka miała wyjątkowy dar nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem i zjednywania sobie ludzi. Wraz z rodzicami Sabiną i Krzysztofem mieszkała nieopodal Chmielna w Zaworach. 

Dziewczynka chodziła do 3 klasy szkoły podstawowej. Dobrze się uczyła i osiągała wysokie wyniki w nauce. Miała dużo koleżanek. Lubiła spędzać z nimi czas. Często bawiła się w szkołę. Pani wychowawczyni odkryła, że dziewczynka ma dużą wiedzę i zdolności, jak na trzecioklasistkę, dlatego zachęcała ją, aby brała udział w różnych konkursach. Gdy tylko pojawiła się jakaś informacja, Hania bardzo chętnie brała w nich udział. Były to różne konkursy np. pisanie dyktand i czytanie po kaszubsku, recytowanie wierszy w języku kaszubskim oraz udział w konkursach prozy i poezji polskiej. Z tych konkursów zawsze wracała bardzo szczęśliwa, ponieważ zdobywała wysokie miejsca. Spośród wielu uczestników była jedną z najzdolniejszych dzieci. 

Aż pewnego razu, na wojewódzkim konkursie recytatorskim w Wejherowie nie zdobyła nawet wyróżnienia. Na jej twarzy pojawił się smutek. Wtedy rodzice, którzy byli obecni razem z nią, pocieszali Hanię mówiąc, że to i tak wielki sukces dojść do konkursu na takim etapie. Na to Hania wcale nie reagowała, po prostu była zawiedziona. Nie rozmawiała z koleżankami, nie bawiła się z nimi. Chodziła nadąsana i smutna. 

Pewnej nocy przyśniła jej się babcia, która nie żyła od ponad dwóch lat. Hania była bardzo do niej przywiązana. We śnie babcia powiedziała do niej: „Haniu, jesteś cudowną wnuczką. Pamiętasz jak zawsze razem śpiewałyśmy piosenki, gotowałyśmy, układałyśmy puzzle, chodziłyśmy na spacer nad chmieleńskie jezioro? Uśmiech nie znikał z twojej twarzy. A teraz martwisz się tym, że nie zdobyłaś nagrody w konkursie? Kochana, przecież zawsze cię uczyłam, że w życiu najważniejszy jest Bóg i rodzina. I to zawsze dzięki Bogu i rodzinie jesteśmy silni i razem dużo przetrzymamy. Więc proszę, nie martw się tym małym niepowodzeniem, bo nie warto. Pamiętaj, że ja tutaj z góry, patrzę na ciebie i chciałabym, żebyś umiała być rozsądnym i uczciwym dzieckiem.”

Hania następnego dnia obudziła się z uśmiechem na twarzy. Zrozumiała, że babcia 
i rodzice mieli rację, iż była przyzwyczajona do sukcesów i że nie należy się tak bardzo zamartwiać. Od tego czasu inaczej patrzyła na swoje wystąpienia w konkursach. Gdy pojawiały się następne konkursy, Hania nie poddała się. Nadal brała w nich udział. Zdarzało się, że nie zawsze wracała z nagrodami. Jednak wiedziała, że wyjazd na każdy konkurs to podróż, która kształci, a wiedzy z tego wyjazdu nikt jej nie odbierze.

——————————————————————————————————————–

Patrycja Wittka

Ukochana praca

Kilka lat temu pewna dziewczyna, która była fryzjerką, otworzyła swój salon fryzjerski w Chmielnie, o którym zawsze marzyła. Miała na imię Zuzanna. Bardzo kochała swoja pracę. Uwielbiała wymyślać różne fryzury, strzyc, farbować itp. Nie wyobrażała sobie robić w życiu cos innego. W tym samym roku wyszła za mąż. Była bardzo szczęśliwa. Zakład bardzo dobrze prosperował. 

Rok później urodziła pierwsze dziecko. Synek dobrze się chował i cała rodzina była szczęśliwa. Po dwóch latach wszystko zaczęło się komplikować. Zuza dostała wypowiedzenie wynajmu lokalu, z prośbą, o jak najszybsze wyprowadzenie się. Okazało się, że jego właściciel chce otworzyć w swoim lokum swój biznes i potrzebował szybko jakiegoś miejsca. Ciężko było z dnia na dzień dostać inny lokal. W końcu udało Zuzi się znaleźć coś nowego w swojej miejscowości. Miejsce było mniejsze niż poprzednie, ale mogła powiększyć salon. 

Szczęście jednak nie trwało zbyt długo, bo po miesiącu, wybuchł pożar w sklepie, który był pod salonem. Ogień przedostał się również i tam. Wszystko było zniszczone i zaczadzone. Dziewczyna się załamała, bo przecież fryzjerstwo jest tym, co kochała robić najbardziej. „I co dalej mam zrobić? Z dnia na dzień nie mogę zamknąć salonu. Jak będziemy żyć. Mąż tak niewiele zarabia?” – pomyślała Zuzia. Dziewczyna nie widziała co począć. Pytała, szukała, a le z nic z tego. Zamykała się na długie godziny w sypialni i rozmyślała. Mąż bardzo martwił się o swoja żonę. Nie wiedział jak jej pomóc…

Na szczęście właściciele lokalu obiecali Zuzi, że bardzo szybko wyremontują pomieszczenie i będzie mogła dalej prowadzić swój salon fryzjerski. Dziewczyna rozpromieniła się. Pomyślała, że nie wszystko stracone. W tym czasie Zuzanna dojeżdżała do klientów, a mama udostępniła jej też pokój w swoim domu na pracę fryzjerską, gdyż w swoim mieszkaniu nie miała do tego warunków. Ta sytuacja bardzo zmobilizowała małżonków do wzięcia kredytu, kupna swojej działki i rozpoczęcia budowy swojego salonu. Podziękowali właścicielom zniszczonego lokalu za współpracę. 

W tym ciężkim i trudnym czasie dużo radości przyniosła młodym wiadomość, że po raz drugi zostaną rodzicami. Na świat przyszła córka. Pomimo dużych trudności z budową, rodzina przeniosła się na swoje. Urządzili swój salon, jak tylko chcieli. Cieszyli się każdym nowym klientem. Udało się również zatrudnić nową pracownicę do pomocy. Zuza była szczęśliwa jak nigdy dotąd.

Moja bohaterka opowiadania udowodniła, że jak ktoś bardzo chce i się nie podaje, to wszystko można pokonać. Nie podała się i nie zrezygnowała z pracy, którą kochała, bo miała bardzo duże wsparcie w swojej rodzinie.

——————————————————————————————————————–

Nikola Gojtowska

Zmartwienie

Dwa tygodnie przed zakończeniem wakacji Eliza Karasiewicz zmarła w wypadku samochodowym. Miała wtedy 19 lat. 

Był to tragiczny wypadek. Trafiła do szpitala w Gdańsku. Jej chłopak Tomek codziennie odwiedzał ją. Przynosił jej prezenty. Myślał, że niedługo obudzi się. Nadzieje były wielkie. Dziewczyna jednak nie obudziła się Chłopak dostał informację o pogrzebie. Miał on być 17 sierpnia tego roku. Było to dla niego bardzo bolesne.

Po dwóch miesiącach Tomek pozbierał się trochę po tragicznym wypadku swojej dziewczyny. Jednak dalej czasami był smutny. Chciałby, aby Eliza żyła. Nie mógł się doczekać Dnia Wszystkich Świętych. Wiedział, że przyjdzie do Elizy i pomodli się. Tomek zachowywał się, jakby Eliza żyła, a tak naprawdę przecież nie żyła ponad 2 miesiące. Mężczyzna cały czas obwiniał się, że nie dopilnował Elizy. Każdy, kto go widział, to mówił: „To nie twoja wina, po prostu tak się stało.” Mama Tomka bardzo go wspierała, pocieszała go, żeby jemu nie było smutno. 

Minął prawie rok. Tomek postanowił wyjechać na wakacje do Łeby. Poszedł do swojego pokoju. Najpierw napił się kawy i coś zjadł. Po chwili poszedł na plażę i spotkał tam dziewczynę o imieniu Dagmara. Usiedli sobie na piasku i porozmawiali. Tomkowi coraz bardziej podobała się Dagmara. Przez dwa tygodnie pobytu w Łebie mężczyzna spotykał się z Dagmarą codziennie. Dziewczyna pewnego dnia zapytała: „Wydajesz mi się czasem bardzo smutny, co cię trapi?”

-Moje życie jest bardzo smutne, zmarła moja dziewczyna Eliza. 

– No to naprawdę smutne, współczuję ci – powiedziała Dagmara.

– Mam propozycję – zaproponował Tomek. Może pojedziemy na weekend do Chmielna, bo słyszałem, że są tam ciekawe atrakcje, np. Muzeum Ceramiki Kaszubskiej, Żelazny Krzyż.

– Tak, super, możemy pojechać!

Powoli robiło się ciemno. Tomek i Dagmara poszli spać, a mężczyźnie przyśnił się wypadek Elizy. Znowu o wszystkim sobie przypomniał …

Minęło 8 miesięcy. Młodzi zakochali się w sobie. Wzięli ślub i urodziła im się córeczka Asia. Była taka malutka i słodka. Po 4 tygodniach Dagmara, Tomek i Asia przeprowadzili się do Łodzi. Było tam bardzo ładnie. W ich domu była duża kuchnia, łazienka, trzy pokoje. Pokój Asi był cały różowy. Tomek też znalazł tam nową pracę. Został strażakiem. To z tego powodu, aby mógł pomagać ludziom w wypadkach i innych tragediach. 

Nadszedł dzień, kiedy Tomek poszedł do swojej nowej pracy, ale był nieuważny i spadł 
z drabiny. Na szczęście nic mu się nie stało, miał tylko parę zadrapań. Tomek był bardzo zadowolony ze swojego nowego zajęcia. Mimo tego, że spotkała go kiedyś wielka tragedia, to nie załamał się tak bardzo, nie rezygnował ze swojego szczęścia. Poznał osobę, którą pokochał i wierzył, że już odtąd jego życie będzie lepsze.