Przedstawiamy pracę Magdaleny Byczkowskiej. Praca „Klasztorny skarb” otrzymała pierwsze miejsce w V Powiatowym Konkursie Literackim „Słowotok” w kategorii „Dorośli”.


Było już późno, gwiazdy powoli rozświetlały czarny firmament. Drobnymi płatkami zaczął padać śnieg. Usłyszałam gwizd pociągu i wraz z kilkoma innymi osobami podeszłam bliżej krawędzi peronu, ściskając rączkę walizki podróżnej. Właśnie wracałam do domu na Święta.

Tuż obok mnie stanął mężczyzna w długim, czarnym płaszczu i zamszowym kapeluszu.

– Czy ten pociąg jedzie do Kartuz? – spytał, nie patrząc na mnie.

– Tak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

W tym momencie zapiszczały hamulce i drzwi środkowego wagonu otworzyły się tuż przed nami. Przepuściłam współpasażera i już chciałam wejść do środka, gdy zauważyłam, że na ziemi w miejscu, gdzie przed chwilą stał, leży zdjęcie.

– Proszę pana! – zawołałam, rozglądając się.

Rozległ się powtarzalny sygnał, oznaczający zamykające się drzwi. Bez namysłu chwyciłam karteczkę i wskoczyłam do pociągu.

Przeszłam niewielki skład kilkukrotnie, szukając charakterystycznie ubranego mężczyzny, lecz ten dosłownie zapadł się pod ziemię. Zrezygnowana zajęłam jedno z wolnych miejsc i z głośnym westchnieniem przyjrzałam się znalezisku.

Była to czarno-biała fotografia, przedstawiająca trzech młodych mężczyzn ubranych w luźne koszule i spodnie z wysokim stanem. Stali u wejścia Gaju Świętopełka. Jeden z nich opierał się o rączkę łopaty, a u stóp drugiego stała drewniana skrzynka. Na odwrocie widniał podpis „Jacek Kuba Wojtek SKARB 1988”. Nieświadomie zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć treść zdjęcia.

Pociąg zatrzymał się nagle, wciskając mnie w siedzenie. Dojechaliśmy do stacji końcowej. Niewielkie płatki zmieniły się w kłębki śnieżnej waty, które zdążyły już przykryć delikatną kołderką dachy okolicznych budynków. Poczekałam chwilę na peronie, licząc, że może spotkam tajemniczego mężczyznę, jednakże nikt chociaż podobny do niego, się nie pojawił.

– Natalia? – usłyszałam za sobą znany mi głos.

Odwróciłam się. Czekał na mnie mój młodszy brat, ubrany w niebiesko-białą czapkę w renifery, którą dostał od babci w prezencie oraz grubą, pomarańczową kurtkę.

– Michał! – zawołałam, wciskając zdjęcie do kieszeni kurtki.

Podeszłam do brata i uściskałam go mocno.

– Jakieś problemy po drodze? – spytał, przejmując ode mnie walizkę.

– Nie – odpowiedziałam z uśmiechem. – A co u was?

– Wujek z ciocią już przyjechali.

Przypomniałam sobie, że wujek Stefan, który miał przyjechać wraz z żoną na wspólną Wigilię do moich rodziców, przez wiele lat pracował jako konserwator przy Kartuskiej Kolegiacie. Może on będzie znał historię zdjęcia, które znalazłam?

Przejeżdżając przez miasto ustrojone światełkami, mijając na ulicy ludzi spieszących do domów, czuło się zbliżające się Święta. Zajechaliśmy pod dom, wyśpiewując głośno jedną z kolęd, którą akurat puszczono w radiu.

Gorąco przywitałam się z rodzicami, których nie widziałam już od trzech miesięcy. Ciocia właśnie pomagała mojej sześcioletniej siostrze stroić wcześniej upieczone pierniczki. Gdy Julka mnie zobaczyła, od razu rzuciła mi się w ramiona.

– Będziemy dzisiaj stroić choinkę! – pisnęła mi prosto do ucha, ciągnąc mnie za rękę do salonu. – Zobacz jaka jest wielka!

– Właśnie widzę – odpowiedziałam jej, nie udając zdumienia.

Czubek drzewka aż się uginał pod sufitem, tak była wysoka. Na ziemi postawiono kilka pudełek z bombkami i łańcuchami, a na stole leżały zwinięte lampki.

Rozmowom nie było końca. Julia przekrzykiwała dorosłych, chcąc pochwalić się swoimi rysunkami i postaciami ulepionymi z plasteliny w przedszkolu. Michał próbował przekonać tatę, że prezentem, który chciałby dostać pod choinkę, była najnowsza gra komputerowa, na co tata się burzył, że on i tak już za dużo czasu spędza przed monitorem i lepiej by było, gdyby Mikołaj sprezentował mu podręcznik, najlepiej do matematyki. Mama tłumaczyła mi skład sałatek, jakie już przygotowała na świąteczny stół oraz wymieniała, co jeszcze należałoby dokupić. Ciocia uspakajała Julkę i zachęcała ją do dokończenia zdobień ciasteczek. Wujek, widząc to zamieszanie, włączył telewizję i entuzjastycznie dopingował narodową drużynę skoczków narciarskich.

Dopiero przy kolacji zrobiło się spokojniej. Wszyscy częstowali się przygotowanymi przez mamę potrawami. Ciocia z wujkiem dzielili się przywiezionym swojskim chlebem i szynką. Michał co chwilę spoglądał na swój telefon, aż w końcu mama zwróciła mu uwagę, że z tą dziewczyną może rozmawiać przy stole tylko, jeśli ją przyprowadzi do domu, w przeciwnym wypadku musi ona poczekać, aż chłopak odejdzie od stołu.

– Wujku – zagadałam odważnie. – Pracowałeś kiedyś przy Kolegiacie, prawda?

Siwy mężczyzna spojrzał na mnie i zmarszczył krzaczaste brwi.

– Tak, przyjaźniłem się z dawnym proboszczem i przez kilka lat pomagałem przy kościele i refektarzu, a czasem i na plebanii, jak trzeba było coś odmalować, czy naprawić. Dlaczego pytasz?

Wyciągnęłam wcześniej schowane w kieszeni zdjęcie. Rzuciłam na nie okiem i podałam wujkowi.

– Znalazłam to, wchodząc dzisiaj do pociągu. Wypadło jednemu z pasażerów, chciałam je oddać, ale nie mogłam go później znaleźć. Domyślasz się może, co przedstawia?

Mężczyzna poprosił żonę o okulary i przyjrzał się zdjęciu.

– Oh – westchnął, uśmiechając się do wspomnień. – Pamiętam ten dzień. I tych chłopaków – wskazał twarze sztywnym palcem, wręczając zdjęcie Julii, która z zaciekawieniem wyciągała szyję w jego stronę. – W nocy pękła rura pod zakrystią. Zanim ktokolwiek zauważył, woda zdążyła zalać całe pomieszczenie. Przyjechaliśmy z ekipą z samego rana, musieliśmy szybko zdjąć płyty i znaleźć miejsce przecieku. Do pomocy przyjechali nawet kuzyni naszego majstra. – Spojrzał znacząco na fotografię. – Mieli więcej w głowie niż w rękach, ale każda pomoc się przydała.

– A co to za skrzynka? – przerwała mu Julka.

– To skarb – wyszeptał jej do ucha, ale tak, żebyśmy wszyscy słyszeli. Oczy Julii rozbłysły, a wujek wrócił do opowieści. – Tamtego dnia znaleźliśmy nie tylko pękniętą rurę, ale również nieduże, drewniane pudełko, zamknięte kłódką.

– Skarb! – wykrzyknęła moja siostra.

– Tak wszyscy myśleliśmy – mężczyzna skinął głową. – Oczywiście nie mogliśmy go tak po prostu otworzyć, musieliśmy poczekać na odpowiednie służby i rzeczoznawców. Powiem wam tylko, że był bardzo ciężki. Chłopcy zrobili sobie nawet przy nim zdjęcie, na pamiątkę – wskazał dłonią na fotografię, krążącą wokół stołu.

– I co było w środku? – zapytał Michał po chwili ciszy. Tak się wciągnął w historię, że przestał zwracać uwagę na wibrujący telefon.

– Tego się nie dowiemy – westchnął wujek, uśmiechając się tajemniczo. – Nim się obejrzeliśmy skrzynka znikła i nigdy więcej jej nie odnaleziono.

Julia wydała z siebie długi jęk zawodu.

– Ktoś ją ukradł? – spytał Michał, którego oczy błyszczały z podniecenia.

– Tak podejrzewaliśmy, ale o skarbie wiedzieliśmy tylko my, nikt inny się tam nie kręcił. Zostaliśmy dokładnie przeszukani, chociaż nie tak łatwo ukryć drewnianą skrzynię pod koszulą – puścił do mnie oczko.

Zapadła głęboka, gęsta cisza. Każdy po swojemu rozważał treść opowieści. Tata zapytał wujka, czemu nigdy wcześniej nie słyszał tej historii, na co wujek stwierdził, że krąży wiele opowieści o skarbie pod Kolegiatą, ale nikt w żadną z nich tak naprawdę nie wierzy. Ciocia zaproponowała, aby z rana oddać zdjęcie proboszczowi do kroniki, na co wszyscy przystali.

– Mamo! – pisnęła nagle Julia. – Czas na strojenie choinki!

Reszta wieczoru minęła nam na śpiewaniu kolęd i wieszaniu bombek. Michał zrobił sobie koronę z błyszczących łańcuchów i wrzucił zdjęcie na portal społecznościowy, a tata wziął moją siostrzyczkę na ręce, by zwieńczyła wysoki czubek choinki śliczną, srebrną gwiazdą.

Rano, wraz z tatą i wujkiem, podjechaliśmy na plebanię. Niestety proboszcz miał akurat spotkanie i musieliśmy poczekać. Wujek zagadał panią zarządzającą plebanią, która pamiętała go z czasów, gdy tam pracował.

– To niesamowite, my w tej samej sprawie – usłyszałam zdumiony głos wujka, który po chwili pojawił się przy nas. – Słuchajcie, u proboszcza jest właśnie ktoś, kto wie coś o skarbie.

Spojrzeliśmy z tatą po sobie, nie ukrywając zdziwienia. W tej samej chwili otworzyły się drzwi.

– Dziękuję Adamie, że nas odwiedziłeś – powiedział proboszcz, wychodząc ze swojego gabinetu.

Za nim pojawił się nie kto inny, tylko mężczyzna w kapeluszu. Wydałam z siebie tak głośny okrzyk, że wzrok wszystkich spoczął na mnie. Był to bardzo przystojny, dwudziestoparoletni chłopak. Gdy nasze oczy się spotkały serce zabiło mi szybciej. Spuściłam wzrok, cała zarumieniona.

– Dziecko, dobrze się czujesz? – zapytał stroskany wujek, podchodząc do mnie.

– Tak – odpowiedziałam, czując, że zaraz się spalę ze wstydu. – To chyba należy do pana.

Podeszłam do mężczyzny i wyciągnęłam rękę ze zdjęciem.

– Niemożliwe – powiedział z radością w głosie. – Jak je pani znalazła?

– Wypadło panu wczoraj, kiedy wsiadaliśmy do pociągu – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Chciałam je oddać, ale nie mogłam pana znaleźć.

– Tak, cóż… – uśmiechnął się nerwowo. – Zatrzasnąłem się w… toalecie.

Skrzywił się zażenowany, a wszyscy odpowiedzieli na to śmiechem.

– A jak ono znalazło się w pańskich rękach, jeśli mogę spytać? – zagaił tata.

– Otrzymałem je od ojca, niedługo przed jego śmiercią. To on – pokazał na zdjęciu mężczyznę, opierającego się o łopatę. – Chciał, bym zwrócił „skarb” do rąk właściciela, sam nie miał siły, by przyjechać. Cieszę się, że teraz uda mi się wypełnić jego ostatnią wolę.

– Nie całkiem – westchnęłam. – To nie zdjęcie jest skarbem, tylko skrzynka na nim.

Mężczyzna znów spojrzał na fotografię, nie rozumiejąc. W korytarzu, w którym staliśmy, było jednak zbyt ciemno, by dostrzec jakiekolwiek szczegóły, więc uniósł rękę pod światło. W tym momencie wydarzyło się coś dziwnego. Na zdjęciu uwidocznił się wyraźny symbol X, zupełnie, jakby materiał z którego zostało wykonane, był w tym miejscu nieco cieńszy.

– O kurczę! – wykrzyknęłam, podchodząc bliżej. – Widział pan to?!

Adam spojrzał na mnie, na jego twarzy malowała się mieszanka niedowierzania i ekscytacji.

– Proszę tak zrobić jeszcze raz – poprosiłam. – Tato, spójrz!

Chłopak w kapeluszu ponownie uniósł zdjęcie w stronę okna. Znaczek był wyraźny i odznaczał się na tle jeziora i szuwarów.

– To tuż nad brzegiem – stwierdził ostrożnie mój tata, przykładając palec do symbolu. – Wujku, wiesz może co jest w tym miejscu?

– Ja wiem – odparł ksiądz proboszcz. – Dawniej była tam płytka studnia, w której zbierał się nadmiar wody, ale została zasypana i zniszczona kilka lat później.

Spojrzeliśmy po sobie z Adamem i bez słowa wybiegliśmy z plebanii w stronę Alei Filozofów. Chłopak okazał się odważniejszy ode mnie. Wskoczył na mulisty brzeg i zaczął rozglądać się za pozostałościami studni. Z oddali słyszałam szybkie kroki mojego taty, wujka, księdza i pani zarządzającej plebanią.

– Mam! – krzyknął Adam, trzymając się czegoś. – To musi być to!

I rzeczywiście, później odnaleziono starą studnię, a w niej zamkniętą skrzynię. Szkatuła była na tyle mocna, że przetrwała bez poważniejszych uszkodzeń. W środku znajdowało się kilkadziesiąt złotych monet, dwa kielichy mszalne, mosiężny krzyż i jeszcze kilka innych, bezcennych przedmiotów.

Po krótkim dochodzeniu okazało się, że to właśnie trzech młodych pomocników ukradło drewniane pudło, ale ponieważ mieli na to bardzo mało czasu, musieli ukryć go blisko kościoła. Pech chciał, że później jezioro wylało, niszcząc studnię, tak, że nie udałoby im się wydobyć wielkiej skrzyni, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Pozostawili ją tam więc, a jedynym śladem po niej było znalezione przeze mnie zdjęcie.

Cała nasza rodzina otrzymała oficjalne podziękowanie od burmistrza, wujek miał nawet okazję udzielić wywiadu dla telewizji. Jeśli chodzi o Adama, nie wspominał za bardzo o swoim udziale w tej sprawie. Nie chciał, by o jego zmarłym ojcu mówiono, jako o złodzieju słynnego „Klasztornego Skarbu”. Umówiliśmy się.

Magdalena Byczkowska