Przedstawiamy pracę Julii Okuniewskiej, uczennicy Szkoły Podstawowej w Chmielnie. Praca „Czarna komora przeszłości” otrzymała drugie miejsce w V Powiatowym Konkursie Literackim „Słowotok” w kategorii „Klasy IV-VI i gimnazjalne”.


I.

Nazywam się Rita. Mam trzydzieści dwa lata, a cztery ostatnie spędziłam w USA. Wyjechałam tam w delegacji, która „trochę” się przedłużyła. W końcu trzeba jednak wrócić na ojczystą ziemię – dokładnie na malowniczo położoną wieś na Kaszubach, do Chmielna – by odwiedzić znajomych.

W końcu nadszedł ten długo oczekiwany przeze mnie dzień. Wyszłam z taksówki, spojrzałam na pobliskie pola, domy, lasy, jeziora. Kierowca wysadził mnie na jakimś odludziu: wszędzie krowy i kozy, a wynajęte przeze mnie mieszkanie znajdowało się za pastwiskiem. No cóż, trzeba było wybrać drogę okrężną, co w moim tempie musiało zająć minimum czterdzieści minut (plus czas potrzebny na zrobienie tysiąca zdjęć, żeby potem chwalić się szefowi i osobom z pracy, gdzie to ta Rita wylądowała), albo zdecydować się na wariant drugi – przez pastwisko. Wybrałam tę właśnie opcję. Od razu jednak zaczęły się problemy, a pierwszym była waga walizek. Zaraz trafił się też drugi kłopot: drut podłączony do prądu, uniemożliwiający ucieczkę zwierząt z miejsca wypasu. I oczywiście nie mogło również zabraknąć trzeciego: krów i ich odchodów. „Jak tu przejść z takim bagażem” – pomyślałam. Narzekając na pomysł, by szukać domu na drugim końcu świata, zanim się obejrzałam, przebyłam połowę drogi. Byłam, co prawda, trochę poobijana, ale pozostały dystans pokonałam gładko.

Od kilku tygodni mieszkam już w Chmielnie. Bardzo mi się tu podoba ale zaniepokoiły mnie pewne sprawy, a zwłaszcza czarna postać, która w nocy pojawia się nad moim łóżkiem i znika, gdy krzyknę. Ale to nie wszystko. Po okolicznych wsiach grasuje niejaki Marek G. Ma na koncie liczne zabójstwa: dwójki dzieci poniżej ósmego roku życia, czterech par emerytów oraz sześciu kobiet w wieku od dwudziestu dziewięciu do trzydziestu czterech lat. Policja, jakby sparaliżowana tą sytuacją, nie robi nic skutecznego. Media nieustannie informują, żeby nie opuszczać domów, dzieci nie chodzą do szkoły, a rodzice do pracy. Na ulicach nie widać żywego ducha, tylko od czasu do czasu przechadza się nimi kilka bezpańskich psów. Na domiar złego wciąż nie podpisałam wszystkich dokumentów związanych z pracą i mieszkaniem.

Zmęczona całym dniem i ciągłym przebywaniem w domu, poszłam się położyć. „Trochę smutno mieszka się samemu” – powiedziałam sama do siebie, po czym zapadłam w głęboki sen…

Zdało mi się, że słyszę męski głos:

– Nie zakładam dzisiaj przebrania. Dosypałem jej wcześniej jakieś prochy, nie obudzi się szybko. Wejdziemy, poderżniemy jej gardło i uciekniemy. A gdyby jednak jakimś cudem się obudziła, uchylimy okno, podrzucimy kota i uciekniemy.

Ze strachu zamarłam. Nie wiedziałam, czy otwierać oczy, czy może lepiej nie. Ale do odważnych świat należy – spróbowałam. I nie pożałowałam: moim oczom ukazał się pstrokaty kotek.

Byłam pozytywnie zaskoczona. Zwierzak był śliczny. Okazał się dosyć mały, miał prawdopodobnie nie więcej niż pół roku. Półprzytomna zeszłam po schodach do kuchni. W końcu trzeba było zaopiekować się tym słodziakiem. Po przygotowaniu małej kolacji podałam ją kotu. Przez cały czas zastanawiałam się, w jaki sposób wszedł do środka. Pewnie nie zamknęłam okna, a jak już wspomniałam, po wsi błąkają się psy. To pewnie one przepędziły kociaka, który ze strachu wskoczył do domu przez okno. Ale jakim cudem dostał się na pierwsze piętro? Postanowiłam się już więcej nad tym nie zastanawiać, miałam już i tak dosyć problemów. Mimo zmęczenia jeszcze przed snem wymyśliłam imię dla nowego podopiecznego: nazwałam go Angel. Zdecydowałam też, że jeżeli ktoś będzie szukał zwierzątka, oddam je prawowitemu właścicielowi.

III.

Obudziłam się pełna radości. Szybko wstałam, wzięłam ubrania z szafy i pobiegłam na dół. Usłyszałam dobiegające z przedpokoju miauczenie Angela, więc szybko otworzyłam drzwi kuchni i wpuściłam mojego pupila do środka. Nalałam mu mleka do miski, a sama zjadłam śniadanie składające się z jogurtu, rogala i paru truskawek. Myślałam trochę o tym, aby pojechać na cmentarz i odwiedzić groby rodziców, a następnie zajrzeć wreszcie do moich znajomych. Po drodze zahaczyłabym też o sklep spożywczy, gdyż od przeszło tygodnia nie robiłam zakupów i trochę brakowało mi nawet podstawowych produktów: wędlin, płatków czy pieczywa. Bałam się opuszczać dom, gdyż policja nadal szukała zabójcy. Z drugiej strony coraz bardziej pragnęłam gdzieś wyjść. To ciągłe siedzenie w czterech ścianach było dołujące. Gdybym nie miała kotka, na pewno moi znajomi musieliby niedługo wysyłać mi paczki do szpitala psychiatrycznego. Nie wytrzymałabym długo sama, gdyż od dziecka otaczało mnie pełno ludzi i zwierząt. Mimo że nie miałam rodzeństwa, nie brakowało mi osób do emocjonującej zabawy.

Po długim namyśle zdecydowałam, że wyjdę z domu. Prowadząc auto, czułam się jak w jakimś postapokaliptycznym filmie akcji – wokół nie było nikogo. Jedyne żywe stworzenie w zasięgu wzroku to kicia, która biegała jak szalona po całym aucie. Kiedy już wysiadałam, wzięłam ze sobą mojego towarzysza i ruszyliśmy w okolice miejsca, gdzie – jak pamiętałam – znajduje się grób moich rodziców. Po kilku minutach poszukiwań go znalazłam – był cały pokryty liśćmi. Nic dziwnego, w końcu mieliśmy już listopad. Posadziłam zwierzaka na ziemi i zaczęłam sprzątać. Z początku bałam się, że ucieknie, ale trzymał się blisko mnie. Przez chwilę miałam wrażenie, że jacyś ludzie ubrani na czarno idą w moja stronę. Jednak był to chyba tylko – i aż – produkt mojej bujnej wyobraźni…

Usiadłam na ławce i napisałam do mojej koleżanki ze studiów, że jestem w pobliżu i będę u niej za dwadzieścia minut. Nagle poczułam na swojej twarzy chustę przesiąkniętą jakąś substancją. Powieki zaczęły ciążyć mi coraz bardziej, więc siłą rzeczy zamknęłam oczy. Popełniłam tym samym jeden z moich największych błędów.

IV.

Obudziłam się cała poturbowana. Prawą rękę przeszywał mi przeraźliwy ból. Delikatnie podnosiłam powieki, wiedząc, że to, co ujrzę, prawdopodobnie zmieni moje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Znajdowałam się wewnątrz jakiegoś opuszczonego domu w budowie. Wyglądał on obskurnie. Nieprzyjazna, metaliczna woń krwi roznosiła się po całym pomieszczeniu. Zauważyłam odrapane ściany, krzesło, liny i to, co zaniepokoiło mnie najbardziej, choć teoretycznie nie powinno: niezabezpieczone okno. Przecież w każdej chwili mogłam przez nie uciec. Naszła mnie ochota, by to zrobić, ale w mojej głowie szybko narodziła się jednak inna myśl – możliwe, że to podstęp. Zignorowałam ją jednak – w tej chwili najważniejsze było to, żeby się uwolnić. Stanęłam obok okna i spojrzałam w dół. „To chyba pierwsze piętro. Skacząc z takiej wysokości, raczej się nie zabiję” – pomyślałam. Wahałam się strasznie, ale adrenalina buzowała w moich żyłach. Podeszłam jeszcze bliżej okna, przykucnęłam, wyciągnęłam na zewnątrz jedną nogę, potem drugą, aż w końcu przyszła kolej na tułów. Okno było niewielkie – z tej przyczyny musiałam mocno się zgarbić. Ponownie popatrzyłam na ziemię, powoli się zsuwając. W ostatniej chwili obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że klamka powoli opada w dół. Ktoś zaraz wejdzie do pomieszczenia! Nie było już odwrotu – skoczyłam. Gdy spadłam, jęknęłam z bólu: odrapałam sobie kolano. Dosyć mocno krwawiło, ale mimo to ruszyłam w stronę pobliskiego lasu. „Tam mnie chyba nie znajdą” – pomyślałam. Byłam już jakieś sto metrów od miejsca, gdzie mnie zamknięto, gdy nagle usłyszałam krzyk i wystrzał. Ptaki się spłoszyły, a ja, nie zwracając uwagi na nic, pędziłam przed siebie. Po piętnastominutowym biegu przystanęłam. Budowy już nie było widać, ale za to skaleczona noga coraz bardziej dawała mi się we znaki. Dalej już nie byłam w stanie biec, a tylko powoli iść.

Ujrzałam mur, zbliżyłam się do niego. Był ogromny: miał jakieś trzydzieści metrów wysokości, niemalże w całości porastał go mech. Ruszyłam wzdłuż niego. Robiło mi się słabo, nie jadłam przecież chyba od dwóch dni. Z powodu wyczerpania nie czułam nawet bólu. Każdy krzak z owocami wydawał mi się idealnym źródłem pożywienia, ale mój mózg nie odróżniał wówczas rzeczy jadalnych od zupełnie niestrawnych. Mijała trzecia godzina marszu, aż w końcu spostrzegłam drabinę prowadzącą na szczyt ogrodzenia. Wspięłam się po niej. Była śliska. Bałam się, że spadnę, lecz udało mi się wdrapać na sam wierzchołek. Okazało się, że mur był dość wąski: miał może niecały metr grubości. Znienacka oślepił mnie blask księżyca. Jego światło odbijało się od jakiejś metalowej pokrywy. Ostrożnie podeszłam do niej i otworzyłam ją resztkami sił. W tym momencie straciłam równowagę i wpadłam do otworu. Było tam ciemno i nieprzyjemnie oraz strasznie ciasno – nie mogłam swobodnie rozłożyć rąk, a żeby się wydostać, brakowało bardzo niewiele…

Zegarek na mojej dłoni wskazywał godzinę trzecią w nocy. Sowy latały po lesie, a w moim – jak można to nazwać – „miejscu odosobnienia” roiło się od robaków. Zwątpiłam, że się stamtąd wydostanę. Byłam pewna, że ręka jest złamana, a w przeraźliwie bolącą ranę w nodze prawdopodobnie wdało się zakażenie. Przez kolejne trzy godziny rozmyślałam, jak to możliwe, że dobrze wykształcona osoba znalazła się w takim miejscu.  Nogi uginały się pode mną, a ręce drżały. Gdyby ktoś mnie tu teraz zobaczył, pewnie by pomyślał, że jestem chora psychicznie. Dlatego też nie wzywałam pomocy. Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stąd wyjdę, a tym bardziej, że wrócę do domu. Przed oczami widziałam czarne kropki. „Lepiej umrzeć teraz niż się męczyć dalej” – pomyślałam.

V.

Otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa. Poznałam miejsce, w którym się znajdowałam: były to opuszczone kurniki. Jako dziecko bawiłam się tutaj z przyjaciółmi, a teraz trafiłam tam ze związanymi rękoma i nogami. Ponieważ pamiętałam cały rozkład tych budynków, dobrze wiedziałam, że znajdowałam się właśnie w hali 4D.

Naprzeciwko mnie stała czarna walizka. Próbowałam wstać, ale liny znacznie mi to utrudniały, więc resztkami sił podpełzłam do niej na klęczkach. Gdy już dostałam się bliżej intrygującego mnie neseseru, nabrałam wielkiej ochoty, by go otworzyć. Po piętnastu minutach udało się! Wewnątrz spoczywały nóż, pistolet i liny. Przeraziłam się.

Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stał mój napastnik. Był dobrze zbudowany. Bałam się go. Szukał mnie wzrokiem, aż w końcu utkwił we mnie swoje pełne nienawiści niebieskie oczy. Ciśnienie diametralnie się podniosło. Podszedł do mnie, chwycił mnie za ramię, a z jego ust padło krótkie: „Idziemy”. Przeniósł mnie do komory 19C. Tam, na najwyższym piętrze budynku, spędziłam najwięcej czasu: chyba jakieś pięć godzin. W końcu jednak, ku mojemu zdziwieniu, mężczyzna wyprowadził mnie aż na dach.

Odszedł. Słyszałam kilka głosów. Porywacze mówili, że trzeba zastrzelić jakąś dziewczynę, bo stwarza za dużo problemów. Tylko tyle udało mi się zrozumieć. Pomyślałam, że może uda mi się gdzieś schować. Mogłabym spróbować przecisnąć się przez mały otwór w podłodze, ale żeby tam wejść, trzeba dużo sił, a tych mi brakowało. Już nawet nie pamiętałam, przez ile dni nic nie jadłam. Nie miałam zresztą pojęcia, jak wrócić do domu, a gdy spojrzałam w dół, zdałam sobie sprawę, że od powierzchni ziemi dzieliłaby mnie wysokość jakichś jedenastu pięter. Nie mam lęku wysokości, ale mimo to sparaliżował mnie paniczny strach.

Nagle przez drzwi wszedł ciemnooki brunet. Wycelował we mnie broń. Jego twarz wyglądała znajomo. To… To mój ojciec! Nie byłam w stanie zrozumieć, jak to możliwe – przecież on nie żył od lat! Miałam mętlik w głowie. Mówił coś do mnie, ale w tym momencie byłam tak zdruzgotana całą tą sytuacją, że nic do mnie nie docierało. Stał przez około dziesięć minut z wycelowaną we mnie bronią, a ja patrzyłam mu głęboko w oczy, zastanawiając się, jak on mógł upozorować swoją śmierć. Może mama też żyje? Dlaczego osoba, która przez tyle lat była dla mnie oparciem, chciała mnie zabić bez żadnego wyjaśnienia? W końcu stwierdziłam, że nie mogę poddać się bez walki. Miałam dwie opcje: dać się zastrzelić lub skoczyć. Nie wiedziałam, co wybrać, a ojciec powoli naciskał spust.

Skoczyłam, a kula dosłownie przeleciała nade mną. Spadłam. Gdy uderzyłam o ziemię, nie czułam już nic.

Julia Okuniewska