Przedstawiamy pracę Marty Jelińskiej. Praca „Bogdan i Domowik” otrzymała wyróżnienie w V Powiatowym Konkursie Literackim „Słowotok” w kategorii „Dorośli”.


Słuchajcie dziatki drogie, co teraz Wam opowiem.

Było to w dawnych czasach, kiedy człowiek żył w poszanowaniu przyrody i zgodnie z jej rytmem. W czasach, kiedy ludzie wieczorami śpiewali i opowiadali sobie różne historie zamiast wlepiać oczy w telewizor. W czasach, w których koń był głównym źródłem transportu, a na choince wieszano prawdziwe świeczki zamiast lampek ledowych. Historię tę opowiedział mi mój dziadek, a jemu przekazał ją jego dziadek. A działo się to na Kaszubach. Posłuchajcie…

Dziadek Mróz przyszedł ze wschodu. Ubrany był w ciepły kożuch, cały na biało, w wielkiej, futrzanej czapie i wysokich butach. Sopelki lodu zwisały mu z jego siwych wąsów i brody. Miał przenikliwe, bladoniebieskie oczy i pooraną zmarszczkami twarz przez mroźne wiatry. Im bardziej zbliżał się do wioski, tym większy chłód nastawał. W miejscach, które mijał, zaglądał ludziom w okna i malował przepiękne wzory na szybach. Zawieszał dekoracje na krawędziach dachu w postaci sopelków lodu, rozrzucał biały puch dookoła i szedł dalej na zachód, zostawiając za sobą przenikliwe zimno.

I tak, również w małej, kaszubskiej wiosce pod lasem nastała zima. Ludzie w Zaworach chowali się w swoich ciepłych, drewnianych chatkach pod słomianą strzechą i korzystając z zapasów, które nagromadzili przez lato i jesień, nabierali sił ciesząc się swoim towarzystwem.

Jak co wieczór rodzina Zbyszka zjadła wspólnie kolację, a potem przysiadła koło kominka wsłuchując się w trzaskające drwa i dźwięki bałałajki, na której przygrywał tata chłopca. Jego dziadek wypuszczał kółka dymu z fajeczki i wpatrywał się w tańczące płomienie aż w końcu zaczął zimową opowieść…

Pewnego razu, a powiadam wam, historia to prawdziwa, dobry chłop ze wsi, Bogdan, poszedł ze swoim sąsiadem Maciejem nazbierać chrustu i drewna do lasu. Zima była tamtego roku sroga, a lato mało urodzajne. Spiżarnie w domach ludzi ubogie i trzeba było bardzo oszczędzać, aby starczyło do wiosny.

Sąsiedzi poszli do lasu razem, żeby było bezpieczniej i zbierali chrust na opał. W jednej chwili Maciej przetarł oczy ze zdumienia i szturchnął w ramię zaprzyjaźnionego sąsiada. Bogdan spojrzał we wskazanym kierunku i również bardzo się zdziwił. Na zaśnieżonym pieńku bowiem, siedziała drobna, zakapturzona postać z twarzą schowaną w dłoniach i wydawała się lamentować.

„Chodźmy stąd.”- rzekł cicho Maciej  – „Może to czart jakiś? Wiadomo to, co się czai w lasach?”

Bogdan jednak uparł się, aby sprawdzić któż to taki i pomóc w razie potrzeby. Mimo oporu sąsiada podszedł do skulonej na pieńku postaci, przedstawił się grzecznie i spytał co się stało.

Postać podniosła głowę i pokazała twarz pooraną zmarszczkami, z siwą, długą brodą i oczami pełnymi łez. Pochlipując, staruszek wytłumaczył Bogdanowi, że mieszka daleko stąd i zgubił się w lesie, wchodząc w ciągle to nowe ścieżki w poszukiwaniu chrustu na opał. Teraz nie wie jak wrócić. Zimno mu i głodno, bo szukając drogi powrotnej zapętlił się jeszcze bardziej i stracił rachubę czasu.

Ponieważ zimą dni są krótkie i już robiło się szarawo, po chwili namysłu Bogdan zaprosił staruszka do siebie i obiecał, że nazajutrz pomoże mu odnaleźć jego dom.

Maciej złapał się za głowę i próbował odwieźć sąsiada od tego pomysłu.

„Obcego będziesz brał do domu?” – pukał się w głowę ukradkiem, aby staruszek nie widział – „A wiadomo kto to? Jeszcze ci coś ukradnie. Sam masz mało i jeszcze będziesz się dzielił? Głupiś!”

Jednak Bogdan, wrażliwy na cudzą krzywdę, uparł się i postawił na swoim. Zdjął kożuch, okrył nim staruszka odzianego w podarte, zbyt lekkie jak na mrozy ubranie i wraz z nim ruszył w stronę domu.

Ani Bogdan ani Maciej nie zwrócili uwagi na to, iż na pieńku, na którym przed chwilą siedział staruszek leżał biały, nietknięty śnieżny puch, jakby nawet listek na nim nie leżał. Nie zauważyli również, że z ust sędziwego pana nie wydobywa się para, mimo że mróz był przenikliwy.

Gdy dotarli do domu, Bogdan przedstawił obcego rodzinie i ugościł go jak potrafił najlepiej. Mimo, że sam miał niewiele i musiał oszczędzać, wyciągnął ze spiżarni najlepsze jadło i nakarmił głodnego gościa. Przygotował mu ciepłe spanie na sienniku, a nazajutrz, zaraz po śniadaniu i ciepłym naparze z herbaty, pomógł mu odszukać drogę do domu.

A nie była to łatwa sztuka, gdyż trzeba wiedzieć, że Dziadek Mróz zupełnie zmienia wygląd lasu na zimę. Przemalowuje drzewa na biało, zasypuje ścieżki, zmienia kształty krzewów i każdy, kto myśli, że zna las jak własną kieszeń, zimową porą może się całkiem pogubić.

W końcu jednak udało im się odnaleźć właściwy trakt. Staruszek podziękował Bogdanowi i uparł się, że do domu trafi już sam. Żegnając się powiedział Bogdanowi te oto słowa:

„Dobrym ludziom, dobro zawsze wraca. Nie martw się ciężką zimą Bogdanie. Domowik wam pomoże.”

Bogdan nie rozumiał słów starca, ale gdy dotarł do swego gospodarstwa jego żona cała w skowronkach powiedziała mu, że spiżarnia jest pełna jedzenia. Bogdan nie dowierzając szybko sam sprawdził i… Faktycznie! Ich uboga spiżarnia, w której były tylko dwa worki mąki na zimę i kilka mizernych słoików z przetworami zamieniła się w prawdziwą kopalnię bogactw wszelakich. Wszędzie leżało pełno mąki, kaszy, wędzonego mięsiwa, krążków sera… Półki uginały się od przetworów, a z sufitu zwisały pęta kiełbasiane. Bogdan nie wierzył własnym oczom i z wrażenia aż pociekły mu łzy.

A więc on i jego rodzina nie będą tej zimy głodować. Przypomniały mu się słowa starca na rozstaju dróg i zrozumiał, że pomógł nie zwykłemu człowiekowi, lecz jakiemuś dobremu duchowi.

Z tej radości świętował z rodziną cały wieczór, a następnego dnia podzielił się dobrą nowiną ze swoim sąsiadem, Maciejem. Podarował mu też kilka worków mąki i innego jadła, jako że wiedział, iż tegoroczny sezon nie był łaskawy dla nikogo.

Bogdan ze swoją rodziną żyli jak pączki w maśle. Zapasów starczyło im do końca zimy, a i na przednówku nie brakło, mimo że dzielili się z sąsiadami. Wprawdzie domownicy oprócz siebie nikogo więcej w swej chałupie nie dostrzegli, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że wyczuwali często obecność kogoś bardzo im przychylnego. Gdy tylko czegoś brakowało, natychmiast tego przybywało. Gdy coś się zgubiło, szybko się niby samo odnalazło. Nawet domowe porządki i sprawunki szły znacznie sprawniej, jakby ktoś mieszkańcom chatki skrycie pomagał.

Bogdan podejrzewał, że za ich piecem zamieszkał Domowik. Był to dobry duch, który sprzyjał ludziom o dobrych sercach. Domowik był domatorem, lubił siedzieć w ciepłym kącie i skrycie uczestniczyć w domowych sprawach. Nie wyściubiał nosa poza drzwi. Zżywał się z domownikami i z chęcią im pomagał, ale gdy zauważał, że jego gospodarzy zaczyna zżerać chciwość, stają się złośliwi i kłótliwi, opuszczał dom w poszukiwaniu innego. Robił to bardzo niechętnie, ale cenił sobie uczciwość i ponad wszystko spokój. Ten dziwny duszek, wyglądem przypominającym małego dziadunia, bez domu czuł się jak ryba bez wody, więc na rozstajach dróg poszukiwał dla siebie nowego gospodarza.

Natomiast sąsiad Bogdana, Maciej, każdego dnia szedł głęboko w las i wypatrywał dziwnego staruszka, któremu mógłby pomóc w zamian za chociaż niewielką nagrodę, lecz ten już się nigdy nikomu w okolicy nie pokazał.

Dziadek Zbyszka zamyślił się nieco, zapatrzył w ogień i w końcu rzekł jeszcze:

Powiadają, że każdy człowiek ma w swym życiu co najmniej jedną okazję aby bezinteresownie pomóc potrzebującemu i że taka pomoc zwraca się po stokroć. Sęk w tym, drogie dziatki, że nie można z góry oczekiwać nagrody za pomaganie, nie można liczyć na coś w zamian. Pomoc musi być szczera i płynąć z dobroci serca, a nie z chęci zysku. I tylko wtedy zawiera ona w sobie dobrą magię, która może nie od razu jak u Bogdana, ale z czasem zaczyna działać.

Tak było kiedyś i tak jest do dziś.

Marta Jelińska